sobota, 5 października 2019

Jubileuszowy wpis (2/4)


Po krótkiej przerwie pora kontynuować moja listę Dwudziestu Najważniejszych/Najlepszych Gier na Dwudziestolecie Mojego Bycia Graczem (szczegóły w części pierwszej)

Gothic 3

Seria Gothic była początkiem mojej przygody z RPGami. I choć „dwójka” była najbardziej rozbudowana itd. to jednak właśnie do „trójki” czuję największy sentyment i darzę ją największą sympatią.

Pewnie ma to coś wspólnego z kwestią opisaną w jednym zmoich starych postów ;).


Grand Theft Auto 4

Długo zastanawiałem się która część serii GTA zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. Moją pierwszą częścią była „dwójka”, ale kiedy to było ;). Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to właśnie Nico Bellic i jego przygody były moim ulubionym tworem Rockstar Games. Historia była spójna, wciągająca i, jak na standardy serii, dość poważna. Szczególnie zapadło mi w pamięć zdanie bohatera „wojna jest wtedy, gdy głupi i młodzi zabijają się przez starych i cwanych”.


Guild Wars

Mój pierwszy MMORPG i jedyny, w którym uwielbiałem PVP. Do tego (jako hunter) uwielbiałem zbierać pety, by móc je trzymać w Menażerii Zaishen. Brakuje mi tego chociażby w WoWie…

Dodatkowo, historia przedstawiona w GWEN była dość ciekawa, ale już jej nie pamiętam ;). Ważne jest jednak to że imię dla swoich żeńskich postaci w grach (prawdopodobnie) wziąłem od nazwy tego dodatku.


Heroes of Might and Magic 4

Już o tym pisałem. Nie bardzo mam co dopisać ;).


Hitman Blood Money

Jedyna część przygód łysego zabójcy, przy której dobrze się bawiłem. Uwielbiałem możliwość ukończenia każdej misji inaczej, choć – co musze przyznać – w niektórych nie umiałem tego wykorzystać. Dobre było także zakończenie gry – bardzo nietypowe (kto grał, ten wie :)).

Spoiler alert!
Hitman leży na katafalku, mając dwa "ikoniczne" pistolety na piersiach (czyli Silverballers) – zostały tam położone przez Dianę. Lecą napisy końcowe, ale to nie jest koniec gry. Jeśli gracz wciśnie (bodajże) przycisk strzału Agent 47 wstaje i zaczyna się zabijanie wszystkich, którzy przyszli na pogrzeb - głównie ochroniarzy. Dopiero po ukończeniu tego zadania następuje właściwy koniec gry.

Nie mogę także zapomnieć o genialnym wykonaniu utworu Ave Maria w aranżacji Jespera Kyda, który cały czas mam na swojej playliście. 


sobota, 21 września 2019

Jubileuszowy wpis (1/4)


W tym roku spiętrzyło mi się trochę okazji do „świętowania” ;). Przede wszystkim w tym roku mija dwadzieścia lat mojej przynależności do społeczności graczy. Dodatkowo - dokładnie za tydzień minie sześć lat istnienia mojego bloga. A na dokładkę we wtorek w kioskach pojawi się 300 numer magazynu „CD-Action” ;)
.
Postanowiłem to uczcić zwyczajnie – robiąc listę 20 gier, które (z tego czy innego powodu) uważam na najlepsze/najważniejsze dla mnie. Jako, że trudno byłoby mi się tu zmieścić podzieliłem wpis na cztery części – postanowiłem bowiem napisać kilka słów o każdej z tych produkcji. Jako, że nie potrafiłbym ich uszeregować od najlepszej do najgorszej uznałem, że najlepiej będzie spisać je alfabetycznie :).

Naturalnie zachęcam Was do komentowania i dzielenia się wrażeniami z tych gier :).

Age of Empires 2 

Zestawienie otwiera RTS od Ensamble Studios. Ta pochodząca z 1999 roku produkcja była jednocześnie moją pierwszą strategią czasu rzeczywistego – i sporo się w nią zagrywałem w czasach podstawówki (poznałem ją gdzieś w 2001-2002 roku). Teraz, po latach, zastanawiam się co mnie w niej tak pociągało. I chyba mam odpowiedź – mój ulubiony element, czyli rozbudowa i przyglądanie się jak moje imperium rośnie w siłę… oraz irytacja na takie sobie AI robotników, którzy po „wyczerpaniu” pola potrafili stać jak kołki .

Assassin's Creed Brotherhood

Na mojej liście nie mogło zabraknąć reprezentanta flagowej serii od Ubisoftu. Miałem jednak pewne wątpliwości, która część zasługuje na to zaszczytne wyróżnienie. Ostatecznie zdecydowałem się na drugą część przygód Ezio i miałem ku temu kilak powodów. Przede wszystkim najlepiej się przy niej bawiłem – Rzym czasów Borgiów był ucieleśnieniem moich marzeń po przeczytaniu „Rodziny Borgiów” Puzo. Dodatkowo w tej części (niestety dla serii – na krótko) pojawiło się zarządzanie Bractwem (w wersji lepszej niż w Revelations czy „trójce”) oraz zdobywanie „stref wpływów”. Spodobał mi się także tryb multiplayer – szkoda, że później Ubi nie pociągnęło tej mechaniki (w Revelations moim zdaniem go zepsuli – match-making był beznadziejny i nic nie mogłem ugrać :().

Dragon Age Inquisition 

Jedyna część serii DA, w którą grałem dłużej niż pięć minut, ale nie dlatego znalazła się na liście :). W tej grze spodobało mi się, ze Bohater(ka) ma władzę – jako Inkwizytor(ka) wydaje wyroki, podejmuje ważne dla świata gry decyzje i jest w pewnym sensie szanowany(a). Nie będę się jednak bardziej rozpisywał – recenzjęnapisałem na tego bloga już dawno temu :).


Empire Earth 2 

Ta gra była dla mnie następcą AoE2, ale „bardziej”. Podobnie, jak w tamtym przypadku, spędziłem przy nim wiele godzin, choć – co muszę przyznać – zestarzała się jeszcze gorzej niż AoE2… Niemniej, możliwość zrzucania bomb atomowych na wroga będącego technologicznie w średniowieczu dawało mi sporo frajdy . Do tego każda cywilizacja byłą inna, a każda nacja miała swoje jednostki - zatem i urozmaicenie rozgrywki było dobrze pomyślane. I aż szkoda, że trzecia część była taka słaba...


FIFA 07

Jedyna gra sportowa, którą kiedykolwiek lubiłem… Faktem jest, że swoją przygodę z tą serią zacząłem w 1999 roku (dobra, mój brat zaczął, a ja czasami sobie zagrałem jakiś mecz), jednakże to właśnie edycja z 2007 roku jest moją ulubioną. I znalazłem ku temu jeden powód – w karierze menedżera miałem o wiele większy wpływ na wszystko. Rozmowy z piłkarzami nie sprowadzały się do przyjęcia do wiadomości, że odchodzi. System dialogów pozwalał na poprawienie morale zawodników, a także wpływał na losy moje jako menedżera. Nawet cenę biletów i koszulek można było ustalać. Ach, takich gier już nie robią :D. 




sobota, 29 czerwca 2019

Staroszkolna masakra


W tym ostatnim przed wakacjami wpisie chcę poruszyć pewien poważny temat – masakry w szkołach. Często przy takich okazjach w komentarzach pojawiają się zdania w stylu „dzisiejsza młodzież jest zepsuta!”, „kiedyś było inaczej – żadnych ochroniarzy, tylko woźna ze szmatą!”, „winę ponoszą pełne przemocy gry komputerowe”. Z kolei w mediach jakiś utytułowany spycholog wśród winnych wymienia przede wszystkim gry komputerowe, wszechobecną erotykę, uzależnienie od internetu i (z rzadka) Harry’ego Pottera.

Kolejne osoby podchwytują temat. Powstają publikacje dziennikarskie, artykuły naukowe i inne podobne. Ponownie wśród winnych wymienia się pełne przemocy gry komputerowe i filmy oraz seriale. Pisze się, że sprawcy działali według schematu zaczerpniętego z elektronicznej rozrywki, że młodzi ludzie spędzają czas przed komputerem i myślą, że mają ileś tam żyć. Oczywiście w nosie mając tak proste powody jak choroba psychiczna sprawców.

Tak było między innymi w przypadku tragedii w Erfurcie, Littleton, Parkland i niedawno (choć już nieco łagodniej) w Wawrze.

Ale czy to jest nowość? Nie. I wydarzenia, które chcę Wam dzisiaj nakreślić nie rozegrały się w słynących ze strzelanin Stanach Zjednoczonych Ameryki, lecz w Polsce. Konkretniej – w Gimnazjum im. Joachima Lelewela w Wilnie, dnia 6 maja 1925 roku.

Wówczas dwóch maturzystów – niespełna 23-letni Stanisław Ławrynowicz i 21-letni Janusz Obrąpalski*

(…) uczniowie gimnazjalni, synowie najzacniejszych rodzin, wychowani, zdawałoby się, w sferze i atmosferze bynajmniej nie jakichś «dzikich pól» (…) „rozrachowują się“ ze swymi nauczycielami strzelając do nich z rewolweru lub ciskając ręczne granaty… [8]
Tymi słowami rozpoczął się news w wileńskiej gazecie „Słowo” dzień po zajściu. Faktycznie, obaj maturzyści, używając także materiałów wybuchowych, zabili trzy osoby oraz siebie. Cały przebieg był dość typowy dla szkolnych masakr, także tych niedawnych:

Dyr. Biegański (…) o godzinie 11-tej minucie 5-tej, jednemu z abiturjentów Stanisławowi Ławrynowiczowi odebrał papier egzaminacyjny (…). Wówczas to żywiona do dyrek. Biegańskiego niechęć i rozżalenie wybuchły jak proch lontem dotknięty. Ławrynowicz, dobywszy z kieszeni rewolwer dał do dyrekt. Biegańskiego dwa po kolei strzały raniąc go w rękę i w nogę. Koledzy rzucili się ku Ławrynowiczowi. On strzelił raz jeszcze, kładąc trupem jednego z nich, Aleksandra Zagórskiego, i dobył z zanadrza granat. Wśród nieopisanego popłochu nie stracili głowy tylko dwaj abiturjenci: Bończa-Osmołowski i Symonowicz. (…) Dopadli do Ławrynowicza i chwycili go z tyłu za ręce. Zdołał on już był na nieszczęście wyrwać z granatu lont. Granat eksplodował. (…)W tenże straszliwy sposób śmierć poniósł na miejscu najbliżej niego znajdujący się kolega Tadeusz Domański. Ciężkiemi ranami okryty padł prof. Jankowski. W chwili gdy krwawa tragedja rozgrywała się w sali egzaminacyjnej (…) rozległy się (…) strzały. Strzelał (…)Janusz Obrąpalski. Gdy go otoczono (…) rzucił granat ręczny (…) który na szczęście nie eksplodował. Wówczas (…) targnął się na własne życie. Padł brocząc krwią, ciężko ranny i godzin parę potem wyzionął ducha. [8]
Jak widzicie – podobieństw do wspomnianych „masakr” jest sporo: obaj zabójcy zginęli – w tym jeden śmiercią samobójczą. Pozostałe trzy osoby (prof. Jankowski również zmarł) były z kolei przypadkowymi ofiarami – mimo że celem był prof. Biegański.

Jak można się domyślać sprawa bardzo szybko nabrała charakteru politycznego – minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (ówczesny MEN) Stanisław Grabski przyjechał do Wilna 12 maja [9] - i ogólnokrajowego. Pisała o tym m.in. „Gazeta Polska”, nadając tytuł „Krwawy egzamin”:

[2]

Możliwe, że rolę odegrały zdarzenia, o których pisały niemal wszystkie znalezione przeze mnie dzienniki, a co szczególnie podkreśliła „Gazeta Poranna 2 Grosze”:
Między Ławrynowiczem i Obrąpalskim miała miejsce zmowa. Świadczy o tem zachowanie się obu w czasie tragicznego zajścia, a także fakt, że noc ostatnią spędzili razem na pijatyce. [4]
Po czym ta sama gazeta dodaje:
W mieszkaniu Ławrynowicza znaleziono jeszcze 5 granatów; był on sierżantem w Z. B. K. (związek bezpieczeństwa krajowego organizacja wojskowa pod wpływami „Strzelca" 1„P.O.W." oraz pułków legjonowych stacjonowanych w Wilnie). (…)Rewizja doraźna przeprowadzona w chwilę po zajściu ujawniła jeszcze 7 rewolwerów u uczniów. [4]
Również „Gazeta Polska” wskazywała na przynależność obu sprawców do piłsudczykowskiego Związku Bezpieczeństwa Krajowego. Redakcje obu dzienników pisały także o ich prawdopodobnej neurastenii [3] [4].

"Gazeta Polska” i „Gazeta Poranna 2 grosze” wskazują, że, jak wynika z powyższych fragmentów, nie byli to „zwyczajni uczniowie”, lecz mieli dostęp do broni palnej – Ławrynowicz z „własnych” zasobów, natomiast Obrąpalski pożyczył broń od swojego kuzyna [8].

 Co ciekawe, szukając winnych, dziennikarze skupili się na dwóch różnych kwestiach. Po pierwsze odnieśli się do zagrożenia Polski przez komunizm:
 Wczoraj w południe w czasie egzaminu maturalnego w wileńskim gimnazjum (…) zaszedł fakt, który grozą swoją wstrząsnął całą ludność m. Wilna i który jest jednym z groźnych przejawów bolszewizmu. (…) Panowała ogólna opinja, iż w uczelni tej toleruje się bolszewickie metody wychowawcze. [3]
Z kolei drugim „winnym” obwołano system szkolnictwa II RP:
(…) Zawsze i wszędzie tam, gdzie młodzież popełnia czyny rozpaczliwe, część winy spada na nauczycieli. (…) Na kresach wiele urządzeń szwankuje. Czy i szkolnictwo nie przedstawia tam również groźnych wad? [5]
 Tekst w podobnym tonie pojawił się w gazecie „Robotnik”:
 (…) Więc co to jest owa matura? To jest cały ostatni rok nauki w szkole średniej, odbywającej się w stanie ciągłego zdenerwowania, udręki i obawy, czy uczeń lub uczennica, bez względu na pracę i stopień wiadomości, inteligencję i rozwój umysłowy, zdadzą egzamin wymagany przez przepisy ministerjum oświaty, a mający tę specyficzną właściwość i straszną siłę, że albo otwiera, albo na zawsze zamyka wrota do dalszych wyższych studjów naukowych, że albo ułatwia, albo niszczy, tak zwaną karjerę życiową wszystkim kończącym szkołę średnią. (…) Egzamin ten nie byłby trudny, gdyby przygotowanie się do niego (…) odbywało się w atmosferze nie tak denerwującej i gdyby wymagany przepisami ministerjalnemi program nauk mógł być w całości w szkole wyłożony. (…) Otóż dwaj szaleńcy, mając przed sobą łatwą karjerę państwową zamkniętą, zemścili się na komisji egzaminacyjnej, Bogu ducha winnej, gdyż tylko spełniającej to, co jej nakazywały przepisy ministerjalne. Straszna, krwawa matura wileńska świadczy, że egzamin dla otrzymania świadectwa dojrzałości powinien być zniesiony(…). [7]
Powyższy fragment jest o tyle interesujący, że - z drobnymi poprawkami - mógłby trafić na łamy dowolnej współczesnej gazety nawet dzisiaj. Pokazuje także, że, choć zdarzenie miało charakter jednostkowy, zawsze znajdzie się kozioł ofiarny, na którego można zwalić winę za dowolne zdarzenie.

Oczywiście, zajście nie pozostało bez echa także w innych dziennikach – niemal wszystkie, które znalazłem wspominały o nim przynajmniej w jednym numerze. Pisał o tym „Głos Lubelski”, „Kurjer Warszawski” oraz „Kurjer Poznański”. Ten ostatni dał taki tytuł i lead:

[6] 

Również prasa światowa wspominała o zajściu, m.in. „New York Times” i australijski „The Argus”:

[1] 

Wszystko wygląda ciekawie, ale pewnie się zastanawiacie „co było przyczyną?”. Cóż, gazety szybko straciły zainteresowanie tematem. Prawdopodobnie chodziło o niechęć obu uczniów do nielubianego dyrektora oraz fakt, że nie był to ich pierwszy egzamin maturalny. Zgadza się – obaj uczniowie już raz oblali maturę i musieli zostać na kolejny rok. Z całą pewnością, co, już pierwszego dnia po zajściu, zauważa „Słowo” - obaj zabójcy nieprzypadkowo byli tak mocno uzbrojeni [8].

Na szczęście, jest to jedyna tak tragiczna szkolna strzelanina na terenach Polski. I obym nigdy nie musiał edytować tego zdania. 

Pisząc ten tekst naszła mnie pewna myśl. Nam wydaje się to oczywiste, ale jest pewnie sporo osób na świecie, które myślą, że przemoc w szkole to coś nowego (jak wspomniałem na początku). Dlatego, kończąc ten wpis, mam do Was prośbę – jeśli kiedykolwiek zobaczycie w komentarzach (np. przy okazji kolejnej szkolnej tragedii) słowa, że to wina gier komputerowych to proszę – wrzućcie tam mój wpis… 
…albo link do Wikipedii, gdzie opisane jest to zdarzenie. Wiadomo przecież, że ludzie prędzej uwierzą cioci Wiki niż mnie – zdegenerowanemu graczowi :P.

Do zobaczenia we wrześniu! Życzę Wam bezpiecznych i spokojnych wakacji!

* W niektórych gazetach pojawia się nazwisko „Obrąbalski”. Jednakże, wileńskie „Słowo” (będące najbliżej miejsca zdarzenia) oraz list otwarty ojca – Emanuela Obrąpalskiego [9] wskazują na zapis nazwiska przez "p" jako właściwy.

Źródła: 
[1] „Argus, The”, 9 maja 1925 roku, s. 33.
[2] „Gazeta Polska”, nr 105, s. 2.
[3] „Gazeta Polska”, nr 106, s. 2.
[4] „Gazeta Poranna 2 Grosze”, nr 125, s. 2.
[6] „Kurjer Poznański”, nr 107, s. 4.
[7] „Robotnik”, nr 128, s. 1.
[8] „Słowo”, nr 102, s. 1.
[9] „Słowo”, nr 107, s. 1.
[10] „Warszawianka”, nr 134, s. 3.
[11] Wikipedia.


sobota, 8 czerwca 2019

WHO are they kidding?


Wpis miał być o czymś innym, ale skoro jakiś czas World Health Organization wpisała uzależnienie od gier na listę (cdaction.pl) to powinienem coś o tym napisać. I nie bardzo wiedziałem co – bowiem już od dawna było mi wiadome, że da się uzależnić od gier komputerowych (tak, jak niemal od wszystkiego innego), o czym wielokrotnie wspominałem na swoim blogu.

Jednakże, w miniony poniedziałek została udostępniona ankieta (o której możecie poczytać tutaj). „Uwielbiam” psychologiczne ankiety, więc zabrałem się za wypełnianie.


Kiedy przebrnąłem przez całość (a musicie wiedzieć, że odpowiadałem szczerze) dowiedziałem się, że moje uzależnienie to 6/20, co oznacza, że jestem lekko powyżej „normy” (od 5 do 20 oznacza, że ma się szansę na uzależnienie). Hura? Przy okazji dowiedziałem się, że moją największą motywacją jest chęć zrelaksowania się (77/100) oraz ze względu na możliwość przeniesienia się do nieistniejącego świata (70/100). Okazało się także, że nie motywuje mnie chęć rywalizacji (37/100). Cóż, nie kończyłem psychologii, ale myślę, że bez testu mógłbym spokojnie powiedzieć to samo…

Ale przy okazji przypomniało mi się inne spotkania z „ankietowaną psychologią”. Parę lat temu na jakimś kurcie (albo warsztatach – nie pamiętam, ale mam kartkę) przechodziłem test „stylów komunikacji”. Wyniki miały pokazać czy jestem bardziej nastawiony na: działanie (pragmatyczny, niecierpliwy, energiczny), proces (systematyczny, logiczny, cierpliwy, ostrożny), ludzi (spontaniczny, empatyczny, wrażliwy, spostrzegawczy) czy pomysły (z wyobraźnią, charyzmatyczny, egocentryczny, twórczy).

Sam test wygląda tak – na kartkach znajduje się osiemdziesiąt stwierdzeń, podzielonych na czterdzieści par zdań nie będących przeciwieństwami. Z każdej pary należy wybrać po jednym, które najbardziej nam pasuje. Wyniki oblicza się na podstawie tabelki – każde stwierdzenie należy do któregoś z „nastawień” i to, przy którym mamy najwięcej określa nasz „styl komunikacji”. Ponadto, według kwestionariusza, nie ma dobrych i złych odpowiedzi...

Niemniej, gdy przyszła moja kolej odczytania wyniku okazało się, że (jak powiedziała prowadząca test Pani Psycholog) „jest to niemożliwe”. Tak – zepsułem system, bo okazało się, że przy każdym stylu miałem po 10 stwierdzeń ;). I to sprawdzałem wielokrotnie. Można powiedzieć, że w tym wypadku psychologia walczyła z faktem MajinYody, i skapitulowała ;).



Kończąc ten szybki i krótki wpis dodam jeszcze, że podczas wypełniania „growej” ankiety doszedłem do wniosku, iż równie dobrze mogły to być pytania o książki. „Czy miałeś kiedyś potrzebę rywalizacji z innymi czytelnikami? Czy zdarzyło Ci się zarwać noc czytając książki?”. Przynajmniej byłoby zabawnie ;).

Do zobaczenia za tydzień!

sobota, 25 maja 2019

Spychologiczna wiedza o grach (część kolejna)


Napisanie tego MSMa chodziło mi po głowie od dłuższego czasu. Podczas poszukiwań materiałów wielokrotnie natrafiłem na stronach internetowych szkół na artykuły o szkodliwości gier komputerowych w zakładkach typu „Dla Rodziców”. Zwykle jest to kopiuj-wklej-podpisz się, więc szukałem czegoś autorskiego. I kiedy już myślałem, że wreszcie znalazłem…
Okazało się, że tekst pt. „Przemoc i agresja płynąca z gier komputerowych”, opracowany przez Beatę Jackowska – pedagog szkolną z Publicznej Szkoły Podstawowej nr 14 Integracyjnej w Radomiu – był niemal całkowicie spisany. Dokładnie tak – spisany kropka w kropkę, bez najmniejszej próby dodania czegoś od siebie. Właściwie tylko podpis i bibliografia zostały sporządzone przez tą Panią. Reszta to kopiuj-wklej.

sobota, 2 marca 2019

Ilość fanów zwiększa się


Jutro (03.03) minie 20 lat od premiery (chyba) najbardziej lubianej strategii turowej – czyli Heroes of Might and Magic III. Korzystając z chwilowego hype’u postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze w tym szybkim wpisie :).
„Solenizant” także dla mnie jest grą, którą mile wspominam mimo upływu lat. Do dziś pamiętam, że jeszcze w gimnazjum (czyli w latach 2003-2006) zagrywałem się w niego sam lub z bratem, czasami ze znajomymi. Zazwyczaj grałem Zamkiem (ze względu na Archanioły), choć zdarzało mi się także grać innymi frakcjami (lubiłem Bastion, za to nigdy nie umiałem grać Twierdzą). Muszę też dodać, że nie grałem ani w „jedynkę” ani w „dwójkę”, więc był to dla mnie pierwszy kontakt z TBS-em.


Mógłbym się rozpływać, że ta gra była i jest genialna, najlepsza w jaką grałem… Ale, obawiam się, że skłamałbym.

Bowiem, o ile HoMM3 darzę sympatią, to nie jest on nawet moją ulubioną częścią „Hirołsów” ( w skali szkolnej 5/6). Ten tytuł należy bowiem do, niesłusznie niedocenianej, „czwórki”. I to właśnie do tej części mam największy sentyment – na tyle, że mimo upływu lat wciąż lubię do niej wracać. Jasne, „trójka” miała mod HD i nawet go sobie zainstalowałem (z CDA), ale niestety – na darmo. Nie potrafiłem znów „pokochać” tej części. A w HoMM4 wciąż lubię pograć – szczególnie, że niedawno kupiłem go (po raz czwarty :P) za grosze na GOGu.

Naturalnym jednak wydaje się pytanie "czemu czwórka"? Cóż, przede wszystkim za to, że nie była jedynie "klonem" swojej wielkiej poprzedniczki - New World Computing podjęło próbę zmiany niektórych mechanik i, tym samy, próby uatrakcyjnienia rozgrywki. Armia złożona z samych bohaterów? Dla mnie super! Jednostki poruszające się samodzielnie, ale nie mogące niczego podbijać? Ekstra - będzie łatwiej zbierać armię, a i jak bohater zginie to nie ma problemu. Do tego lubiłem, że pokonany bohater nie wracał sobie do tawerny, tylko trafiał do lochu lub zostawał smętnie na ziemi czekając czy ktoś go wskrzesi. W mojej ocenie również 5/6 :).

A skoro już omawiam inne części – dwie pozycje pod „trójką” na mojej znajduje się „piątka”. Niestety, trudno mi o niej pisać – dla mnie nie przetrwała próby czasu. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie rozegrałem jej kampanii. Po premierze wydawała mi się „trójką na sterydach”, ale teraz muszę przyznać, że nie była aż tak warta uwagi. Choć nie – była. Ze względu na powiązanie fabularne z Dark Messiah of Might and Magic i tylko dla tego ;). Oceniając V postawiłbym jej 4/6, a DMoM&M - 4,5/6.

Z kolei „szóstka” ominęła mnie szerokim łukiem aż do zeszłego roku, gdy została dodana do CDA. Wówczas pomyślałem „czemu by nie spróbować?” i dowiedziałem się dlaczego jest tak nisko oceniana… Fakt, ma kilka ciekawych pomysłów – np. możliwość zmiany podbitego zamku na naszą frakcję – i całkiem interesującą Świątynię… ale to tyle. Moja ocena - góra 3/6.

Na koniec zostawiłem najnowszą część, czyli „siódemkę”, która, jak się domyślacie, w moim prywatnym rankingu zajmuje zaszczytne trzecie miejsce. Podobnie, jak w przypadku IV uważam, ze jest ona mocno niedoceniana – zapewne przez początkowe problemy z płynnością i optymalizacją. Jeśli chodzi o ocenę to dałbym 4,5/6.

Na koniec chcę wyrazić nadzieję, że kolejna część będzie męska  równie dobra (albo lepsza) niż „klasyczna” trójka i czwórka. Czego Wam i sobie życzę :).

sobota, 6 października 2018

Nie było mnie „tam”


W zeszłym tygodniu pisałem ograch, w które zagrałem ponownie po latach i przy których znów bawiłem się całkiem nieźle. Jednakże, jest druga strona medalu związana ze starymi grami – tytuły, w które nie grałem i spróbowałem teraz.
Ponad rok temu, pod postem o mojejprzygodzie z darmowym weekendem z Fallout 4, jeden z moich czytelników (wybaczcie, nie pamiętam który, a jak wiecie – dostępu do tamtych komentarzy nie ma :() napisał wówczas, żebym zagrał w oryginalnego Fallouta.
I wiecie co? Spróbowałem. Naprawdę, próbowałem… ale nie dałem rady pograć dłużej niż kilka minut. Najpierw myślałem „ta, bo grafika jest najważniejsza, co, MajinYoda?”, ale nie. To nie było to. To „coś” uświadomiłem sobie niedługo później.


W „Straży nocnej” Pratchetta jest fragment, gdy Nobby i Fred Colon szykują się do wyjścia z gałązkami bzu, jeden z funkcjonariuszy - młody, niedoświadczony – spytał ich czemu mają te „fioletowe kwiatki?”, „czy on też może je założyć?” i „gdzie idą?”. Dostaje odpowiedź: „nie było Cię tam”.

I to jest właśnie sedno – nie było mnie „tam”. Diablo, Warcraft, Dungeon Keeper, Fallout 1&2, Neverwinter Nights… i setki innych tytułów, w które (z różnych powodów) nie grałem „wtedy” i nie darzę ich najmniejszym nawet sentymentem. Przez to (lub dzięki temu – jak kto woli) nie jestem w stanie ogarnąć dawnych mechanik, nie podoba mi się grafika w tych grach a w ten sposób – nie jestem w stanie poznać ich fabuły.



Nie sądźcie jednak, że jakoś strasznie się tym przejmuję. Nawet jeśli czegoś nie wiem (np. nie znam fabuły Warcraftów i nie znam przez to historii jakiejś postaci z WoWa) zwyczajnie sobie doczytuję w internecie. Właściwie nie czuję też ciśnienia, że "koniecznie muszę poznać grę X, bo to taki klasyk!". W końcu w takiego np. Death Race'a też nigdy nie grałem :P. 

Jednakże, co muszę koniecznie podkreślić, szanuję osoby, które „tam” były, dla których wymienione przeze mnie tytuły były tym, czym dla mnie opisywany w poprzednim wpisie SWAT 3. Oraz osoby, które potrafią się przemóc i, w przeciwieństwie do mnie, chciałyby być "tam", nie patrząc aż tak mocno na te aspekty, które mnie odrzucają. Ale, ostatecznie, wszyscy jesteśmy graczami i jakoś się dogadamy :P.

Za wcześnie?

 Znacie już moje zdanie o starych grach wydanych w „wersji HD” . Ostatnio jednak naszła mnie inna myśl – a co z grami „early access”? Czy na...