Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 kwietnia 2018

Gamingowy rasizm


Podczas ogrywania RPGowych tytułów gracz w końcu staje przed wyborem rasy. A skoro o płciach i klasach już pisałem uznałem, ze najwyższy czas zająć się i tą kwestią.



Podobnie, jak w przypadku klas, nie będę się o nich zbytnio rozpisywał – w końcu czytają to głównie gracze ;). Niemniej zaznaczę, że z grubsza dzielę rasy postaci na siedem grup: ludzie, elfy, zbyt niskie, za wysokie, krasnoludy, orkowie i paskudne.




Skąd taki podział? Ano, ze względu na to jakie lubię (lub nie lubię) – bowiem przeważnie gram albo ludźmi albo elfami, rzadko kimkolwiek innym.

Weźmy za przykład moje postacie w WoWie: poza mainem worgenem (który jest technicznie człowiekiem, ale to już kwestia lore :P) pozostałe są ludźmi lub elfami (z chlubnymi wyjątkami w postaci warriora (draeneika) i shamana (krasnolud)). Jest to też powód, przez który nie „stoję” po stronie Hordy (kto mnie teraz znienawidził? :P), bo jedyną rasą, którą mogę tam grać, jest krwawy elf.

Podobnie sprawa ma się przy Skyrimie – nigdy nie grałem khajiitem, argonianinem oraz orkiem. A w DA: Inkwizycji – quanari. Powód był zawsze ten sam – moje poczucie estetyki. Szczególnie, że (jak pisałem we wpisie o płciach) najczęściej prowadzę rozgrywkę kobietami.

W kwestii orków… cóż, można by rzec, że nie lubię ich z jeszcze jednego powodu, choć jest mocno naciągany ;), tzn. są one nie tylko paskudne (zwłaszcza ich kobiety..), ale najczęściej są one „złe” i stoją po przeciwnej stronie barykady do ludzi, elfów itd.



Żeby jednak pociągnąć wątek atrakcjonizmu, nie gram też rasami bardzo małymi typu gnom w WoWie czy inne podobne wynalazki (asura w GW2 itp.), ponieważ, mimo wszystko, lubię widzieć swoją postać w centrum ekranu ;). Dodatkowo, gdy próbowałem grać gnomką czułem się bardziej jakbym grał dzieckiem – ale jak ktoś to lubi :P.

Z kolei ze zbyt wysokimi rasami (tauren, draenei facet itd.) mam przeciwnie – są dla mnie zbyt wielcy i zbytnio przesłaniają mi ekran. Fakt, worgen też jest spory, ale przy nim przymykam oko :P.

A jak jest u Was? Czy przywiązujecie aż taką wagę do tego, kim gracie, czy patrzycie raczej na statystyki albo kierujecie się innymi „zasadami” przy tworzeniu swojego awatara?

Do zobaczenia! :)

PS. Życzę Wam udanego Długiego Weekendu. Z jego racji za tydzień wpisu nie będzie.

sobota, 14 kwietnia 2018

Wreszcie coś naprawdę mądrego


Było kilka tygodni przerwy, więc czas na… nie, nie MSMa, drodzy czytelnicy, choć takie treści też się tu znajdą. Tym razem trzeba (w końcu) zająć się drugą stroną skali… A w każdym razie pozycją bliższą tej „drugiej stronie” :P, czyli MoG. Książce Ewy Krzyżak-Szymańskiej i Andrzeja Szymańskiego pt. „Profilaktyka nowych uzależnień wśród dzieci i młodzieży, zarys problematyki” (2013) należy przyznać, że stara się przedstawiać gry tak, jak nauka nakazuje. Nie zawsze wychodzi (o czym zaraz się przekonacie), ale jest z całą pewnością dużo lepiej, niż w wielu opisywanych już przeze mnie MSMach.

Zajmę się tylko jednym rozdziałem, zatytułowanym „Gry komputerowe jako najbardziej niebezpieczne zabawy współczesnych czasów – profilaktyka uzależnienia od gier”.

W ostatnim czasie jedną z najpopularniejszych form rozrywki stały się gry komputerowe. {przypis} W 1972 roku powstała pierwsza gra komputerowa „PONG” przedstawiająca uproszczoną grę w ping-ponga.

Pierwszy fragment (a ściślej – przypis) wróży niezbyt dobrze reszcie tekstu. Ale spokojnie:

(…) Obecnie ich twórcy, wykorzystując dynamiczny rozwój techniki komputerowej, doprowadzili do tego, ze stały się one intrygujące dla konsumentów, zarówno pod względem fabuły, grafiki, jak i dźwięku.

Dziękuję Autorom za te słowa – wreszcie coś mądrego ktoś napisał, a nie w kółko „gry są coraz brutalniejsze!” :).



(…)Wbrew powszechnym opiniom w gry komputerowe, oprócz dzieci i młodzieży, równie chętnie grają dorośli. Amerykańska organizacja ESA (…) podaje, że w USA średni wiek gracza wynosi 33 lata. Jeśli chodzi o nasz kraj, zgodnie z wynikami badań z 2011 roku, które zostały przeprowadzone przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych na 1000 Polaków, najliczniejszą grupę graczy stanowiły osoby dorosłe w wieku 25-30 lat (26%), z kolei nastolatkowi, w wieku 15-18 lat, obejmują 10% populacji graczy.

Kolejny bardzo dobry (i bardzo ważny!) fragment – trzeźwe spojrzenie, dane i nie odwoływanie się do stereotypów. Czyli wszystko to, co powinno cechować dobrą naukę.

(…)Dzisiaj zjawisko gier komputerowych budzi coraz większy niepokój wychowawców, pedagogów i rodziców. Wynika to z faktu nie tylko niskiego poziomu nadzoru i słabej kontroli rodzicielskiej nad tym zagadnienie, ale także z obawy, iż gry wywierają negatywny wpływ na rozwój dzieci i młodzieży oraz że uzależniają. Pojawiają się też liczne mity na ich temat, które w dyskusjach praktyków i teoretyków próbuje się raz podtrzymywać, innym razem obalać.

I tym razem muszę Autorów pochwalić – zauważyli rolę rodziców (i nauczycieli) w wychowaniu dzieci.

Dalej Autorzy wymieniają gatunki gier, ale to trochę nudne – szczególnie, że zrobili to zaledwie poprawnie, ponieważ… odnieśli się do staroci typu Space Ace. Niemniej – nie mam co się czepiać. Idźmy dalej – krótki fragment podrozdziału „Negatywne aspekty grania w gry komputerowe. Dlaczego krótki? Bo jakbym oceniał tylko ten podrozdział to w tytule widzielibyście „The Best of MSM” :).

W ramach zainteresowania zaletami i wadami gier komputerowych pojawiło się szereg badań próbujących udowadniać założone tezy o szkodliwości bądź pozytywach ich oddziaływania na użytkownika. Należy zaznaczyć, że ogólna ocena gier jest niejednoznaczna i do dnia dzisiejszego nie przeprowadzono takiej naukowej eksploracji, która w sposób zasadniczy zmieniłaby to stanowisko.

Nic dodać, nic ująć.



Dalej jest o systemach oceniania gier (PEGI, USK i ESRB), ale także jest całkiem sporo ciekawych treści dla nauczycieli i rodziców, choćby linki do materiałów z kampanii społecznej „Graj Bezpiecznie”… Tylko szkoda, że już nie działają :(. Warto jednak przytoczyć kilka fragmentów:

Aby uchronić dzieci i młodzież przed szkodliwym wpływem gier komputerowych, w pierwszej kolejności realizuje się działania skierowane do rodziców. Mają one na celu:
poznanie przez opiekunów sposobu oddziaływania gier komputerowych na nieletniego gracza,
zaznajomienie rodziców z rodzajami gier komputerowych dostępnych na rynku,
edukowanie rodziców w zakresie wykorzystania gier w rozwoju dziecka.
Celom tym przyświeca idea, aby prawni opiekunowie mogli świadomie czuwać nad rozwojem dziecka, wykorzystując w jego zabawie czy edukacji rozsądnie i krytycznie dobrane gry komputerowe.

I tu mam pytanie do Was – czy w Waszej szkole (lub szkole Waszego dziecka) organizowane są takie kursy/szkolenia? Z ciekawości zajrzałem na stronę mojej dawnej podstawówki i znalazłem jedynie informację o przeciwdziałaniu cyberprzemocy… Ale może rodzice mają więcej opcji ;).

Rodzice, przy wyborze gier dla swojego dziecka – pod względem wieku i niebezpiecznych treści w niej zawartych – mogą korzystać z (…) systemu klasyfikacji PEGI. Jednak każde dziecko jest inne i to rodzice muszą podejmować ostateczną decyzję, jakie obrazy i doświadczenia będą odpowiednie dla ich podopiecznych. Jeśli uznają, że gry, w które dziecko chce zagrać, są dla niego nieodpowiednie, powinni porozmawiać o tym z dzieckiem, a w sytuacji braku pozytywnego skutku rozmowy, muszą konsekwentnie wprowadzić odgórne zasady, chroniące dziecko przed negatywnym skutkiem gier.

Cóż… Tutaj mam pewne uwagi – typu, że dziecko i tak znajdzie sposób na zagranie (choćby u kolegi), ale w sumie co ja się tam znam ;). Dodatkowo, wreszcie, po tylu MSMach, trafili się Autorzy, którzy pokazują KTO odpowiada za dziecko. I, co ważniejsze, nareszcie zauważają ważną kwestię – że dzieci nie są takie same. Chwała im! :)

Dalej Autorzy wymieniają, za H. Konowalukiem, „pewne reguły korzystania z gier komputerowych przez dzieci, które rodzice powinni przyswoić i ich przestrzegać”. Oto one:

1. Rodzice powinni uczyć się nowości przed dziećmi (pozwala to na zachowanie autorytetu w oczach dziecka)
2. Rodzice powinni grać wspólnie z dzieckiem (pozwala to dbać o wzajemną komunikację i zaufanie)
3. Rodzice powinni sposkojnie {nie moja literówka…} i rzeczowo oceniać wątki treściowe gier tak, aby nauczyć dziecko do nich dystansu
5. Rodzice powinni wprowadzić dyscyplinę czasową korzystania z gry, w przedziale od 30 minut do 45 minut.

Tu chyba nawet nie mam co dodawać – tylko tyle, że dobrze, że ktoś to napisał. Gdyby tylko Ci wszyscy zatwardziali przeciwnicy gier zechcieli to przeczytać...

Już prawie koniec  - na zakończenie rozdziału Autorzy przedstawiają „mity dotyczące korzystania z gier komputerowych przez nieletnich wg H. Jenkinsa z Massachusetts Institute of Technology”:

1. Powszechna dostępność gier prowadzi do epidemii przemocy wśród nieletnich ->Dane statystyczne policji amerykańskiej nie potwierdzają, by gracze popełniali więcej przestępstw niż ci nieletni, którzy nie grają (…).
2. Badania naukowe dowodzą, ze brutalne i pełne przemocy gry wzmagają agresję u ich odbiorców -> Badania prezentujące taki pogląd zwykle są wycinkowe, niepełne i posiadają błędną metodologię. Zachodzi korelacja między agresją a chęcią grania w pełnie przemocy gry (gry komputerowe są jednym z czynników mogących wywołać zachowania agresywne, jednak brak jest wystarczających badań, które by to udowodniły).
3. Głównymi odbiorcami gier są dzieci -> Faktem jest też, że 62% graczy konsolowych i 60% grających na PC ma więcej niż 18 lat i te proporcje pogłębiają się na „niekorzyść” dzieci w miarę jak dorasta  starzeje się pierwsza generacja „wychowanych” na graniu.
4. W gry grają w zasadzie tylko mężczyźni -> Historycznie jest to prawda. W ostatnich latach jednak zmienił się stosunek sił i nie tylko jest coraz więcej grających kobiet, ale na przykład w sektorze gier internetowych (casual) jest już więcej graczy-kobiet niż graczy-mężczyzn.
5. Gier używa się do szkolenia żołnierzy – dzieci w nie grające uczą się wiec zabijania -> Wg D. Grossmana dzieci grające w symulatory militarne uczą się odruchów żołnierskich – reagowania agresją i brutalnością. Jehgo badania jednak oparte były na założeniach, że grający jest wyrwany z kontekstu kulturowego, nie podchodzi krytycznie do prezentowanych treści i chętnie powtórzy swoje zachowania z wirtualnego świata w świecie rzeczywistym.
6. Gry nie przekazują nam żadnych pozytywnych wartości -> Potocznie mówi się, że gry są głupie, oparte na prostych bodźcach reakcji i nie mogą niczego dobrego nauczyć. Wg H. Jenkinsa gry mogą uwrażliwiać społecznie, uczyć emocji, przedstawiać poważne rozterki etyczne.
7. Gry przyczyniają się do społecznej alienacji -> Z osób grających często 60% gra ze znajomymi, 33% z rodzeństwem, 25% z małżonkami lub rodzicami. Nawet w przypadku gier zaprojektowanych dla jednej osoby często siada ich więcej – komentując, udzielając rad grającemu, dopingując. Jednocześnie ciągle rośnie odsetek gier do rozgrywek wieloosobowych.
8. Kontakt z grami znieczula -> Dzieci bez najmniejszych problemów odróżniają zabijanie wirtualne od prawdziwego i przywiązują do nich inne wartości emocjonalne. Brutalne gry prowadzą tylko i wyłącznie do brutalnych gier, nie do brutalnych czynów.

Czyli, praktycznie, to, o czym tu piszę od dłuższego czasu, ale przedstawione w sposób bardziej naukowy (tak, zauważyłem „słowo-wytrych” ;)).

Na zakończenie – słowo o aneksie... pojawiają się tam „propozycje materiałów dydaktycznych dotyczących problematyki uzależnienia od gier komputerowych”. Niby okej, ale pojawia się tam… propozycja użycia odcinka serialu „Na dobre i na złe” pt. „Gry komputerowe to zło”. Znalazłem w Sieci omówienie tego odcinka (jakby ktoś znalazł oryginał to proszę o link ;)) i… raczej bym go nie pokazywał uczniom w czasie lekcji, bo naraziłbym się na śmieszność :).

Ale, w ogólnym rozrachunku, uważam, że książka jest świetna. Szkoda tylko, że częściej są cytowane jednak te, które piętnują gry… Ale i tak polecam – MajinYoda ;).



sobota, 24 marca 2018

Przedwielkanocne przemyślenia


Jak wiecie, jutro jest Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień. I choć aura jest wybitnie bożonarodzeniowa to katolicy (w tym ja) powoli szykują się do tych najważniejszych Świąt. Ale nie będę o tym pisał. No, nie do końca.

Jedną z potraw, które muszą w Niedzielę Wielkanocną znaleźć się na świątecznym stole jest żurek. A skoro od tysięcy lat filozofowie różnych kultur zastanawiają się nad sensem życia, ja zdecydowałem się na coś dużo mniej… hmm.. oklepanego – czy da się opisać smak żurku?

Ale jak ugryźć ten problem (niektórzy lubią z chlebem)? Może zacznę od podstaw, czyli składników. Jako, że kucharz ze mnie gorszy niż matematyk zajrzę do encyklopedii wszelkiej wiedzy i kotów – Internetu. Wygląda jednak na to, że na żurek nie ma jednego przepisu, co może sugerować, że mam do czynienia z potrawą wielosmakową. Nigdy wcześniej tak nie patrzyłem na żurek. Myślałem, że ta zupa to tylko jajek i wody. Jak dalece się myliłem pokazuje pełny wykaz składników potrzebnych do przygotowania żurku. Na szczycie listy znajduje się 1,5 litra wywaru warzywnego – dzięki niemu żurek ma posmak wywaru warzywnego. Następnie ½ litra zakwasu na żurek, który definiuje, że żurek to żurek. Dalej jest  1/2 kilogramów białej kiełbasy (pokrojona na plasterki) – bardzo ważny składnik. Bez niego ta potrawa nie smakowałaby białą kiełbasą. Kolejnym składnikiem jest 100 gramów wędzonego boczku (pokrojony w paski) – dzięki czemu dowiadujemy się, że żurek z wędzonym boczkiem pokrojonym w kostkę żurkiem nie jest.

Myślę, że dalsza część składników to tylko wymysł osoby piszącej ten przepis, by zwiększyć ilość tekstu i dostać kasę od sponsorów. Jako, że gotować nie umiem (poza wodą w czajniku) mogę sobie tylko poteoretyzować jaki bukiet smaków, zapach i kolor ma ta zupa. A musi to być cudowne. Smak połączonych smaków jajek i białej kiełbasy. I reszty wymienionych składników. A ten zapach. Mhmmm… doskonałe połączenie zapachu wędzonego boczku z nutką zakwasu na żurek. Jeżeli chodzi o kolor to widzę przed oczami pływające w białej mazi kawałki boczku, kiełbasy i jajek.

Kończąc ten niezbyt długi (ale mieszczący się w standardach UE i UFO) wywód pragnę dodać tylko jedno. Żurek jest wyjątkową zupą - smakuje jak żadna inna, a jednocześnie żadna inna nie smakuje tak, jak żurek.

I tym akcentem życzę Wam rodzinnych i ciepłych (jak nie pogodowo to przynajmniej uczuciowo) Świąt Wielkiej Nocy. I mokrego dyngusa (jeśli ktoś to lubi).

Do zobaczenia za dwa tygodnie!

sobota, 20 stycznia 2018

Gra w klasy


Na tym blogu pisałem już m.in. o płciach przy tworzeniupostaci w RPG, więc dzisiaj poruszę inny temat, który mnie trapi przy tego typu produkcjach – klasy. Myślę, że fani RPG-ów mnie zrozumieją ;). Te, jak wiadomo, dzielą się z grubsza na trzy typy: ciężko opancerzonego wojownika, średniozbrojnego łotrzyka/łucznika oraz odzianego w szmaty [skreślić] szaty maga/kapłana. Pojawiają się, oczywiście, wariancje na ich temat, ale taki podział zawsze się pojawia.

Nie będę ich po kolei omawiał, bo chyba nie ma to sensu na Forum czasopisma o grach komputerowych, prawda :)? Zajmę się czymś zupełnie innym – marudzeniem na nie ;P. Wiecie, że to lubię :).

Ściślej pisząc, będę marudził na klasy, które wybieram praktycznie zawsze – mianowicie wszelkie „dystansowe”. W każdym (MMO)RPG-u mój wybór (o ile takowy istnieje, rzecz jasna) pada na jakiegoś łucznika lub maga. Dlaczego? Ponieważ wolę trzymać się na dystans od wrogów, a tylko takie klasy dają mi taką możliwość.


I tak, w Dragon AgeInkwizycji na trzy klasy, którymi ukończyłem grę dwie były łuczniczkami (elfka i człowiek), a jedna - maginią (człowiek). Oczywiście, próbowałem grać wojownikiem, ale z miernym skutkiem, bo po dłuższej chwili przełączałem się na „dystansowego” członka drużyny. Nigdy też nie testowałem łotrzyka-złodzieja, bo skradać się też nie lubię ;).

Z kolei w takim WoWie moim mainem jest BM Hunter (co ciekawe – mężczyzna), a altami Druid Balance, Shadow Priest i Arcane Mage - czyli żadnej klasy melee, choć próbowałem nimi grać… (przyznać tu jednak muszę, że Demon Hunter mnie nieco przekonał :)).

O ile jednak w takich grach nie ma problemu z moim wyborem (choć w Inkwizycji uzbrojenia dla łuczników jak na lekarstwo…), tak w innych grach aspekt walki na dystans… powiedzmy,  że jest bardzo marny.

Pomijam tu, oczywiście, Wiedźmina 3, gdzie kusza została dorzucona lekko na siłę – choć ma swoje zastosowania :). Chodzi mi o gry typu Skyrim, gdzie łuki jest dosyć słabą drogą – przynajmniej moim zdaniem. Ot, wystrzelę w przeciwnika grad strzał, a on nadal idzie. Zrozumiałbym, gdyby był w zbroi – ale odziany w jakieś skóry? W dodatku z czterema-pięcioma strzałami w głowie? [mcz]Albo w kolanie. No bez przesady.



Rzecz jasna, inne gry są pod tym względem bardziej zbalansowane. W takim Gothic 3świetnie walczyło mi się na dystans – z silniejszymi łukami żaden podrzędny ork nie był straszny. Podobnie było, oczywiście, w „jedynce” i „dwójce” – choć akurat w G2 wolałem grać Magiem Ognia. Czyli też dystansowcem.

Niemniej jednak za każdym razem czułem się jakoś… hmmm… olewany, gdy grałem łucznikiem lub magiem. Nie mówię tu już nawet o sile ognia czy konieczności krycia się za wojownikami (bo to oczywistość), lecz o sprzęcie. W Inkwizycji za każdym razem marudziłem na fakt, że łuk ma tylko jedno miejsce na ulepszenie, gdy pozostałe miały po dwa. Również nowy sprzęt jakby rzadziej mi się trafiał, więc dochodziło do sytuacji, gdy spośród wszystkich moich towarzyszy – tych w drużynie i tych poza nią – łotrzyki (w tym ja) mieli najsłabszy sprzęt…

Dobra, pomarudziłem, ale tak mi się jakoś dzisiaj zebrało :). Do zobaczenia za tydzień! :)


sobota, 25 lutego 2017

Super Super Jest?

Zgodnie z zapowiedzią sprzed dwóch tygodni postanowiłem spróbować napisać coś o anime. Jednakże, gdy szykowałem się do pisania stwierdziłem – po co się ograniczać? Niniejszym więc inauguruję nowa kategorię – Kreskówki. Taka nazwa będzie lepsza, moim zdaniem.

UWAGA:


Jednakże, zanim zacznę muszę Wam się do czegoś przyznać – praktycznie nie oglądam seriali. W telewizji i „necie” pojawiają się coraz to nowe odcinki „Gry o tron”, „Walking Deada”, „Belle Epoque” czy innego „M jak miłość” (komu nie spodobało się to zestawienie niech zamieści w komentarzu kamień :P) a ja tymczasem oglądam zupełnie inny serial.

A jest nim, jak się zapewne domyśliliście z tytułu i wstępu (oraz połowy mojej ksywy i awatara), „Dragon Ball Super”. Tylko właściwie – dlaczego go oglądam? Początkowo, muszę przyznać, z sentymentu do „Zetki” (ach, te lata ’90 i oglądanie tego anime na RTL7 we francuskiej wersji z polskim lektorem :)) i chęci zobaczenia „czy Toriyama zrobi to lepiej niż zrobiono GT?” (może kiedyś napiszę o tym dłuższy tekst)… A potem mnie to autentycznie wciągnęło.

[Tu miał być obrazek, ale nie mogłem go znaleźć w Sieci :(]

Zaznaczyć muszę, że nie oglądałem żadnego z ostatnich dwóch filmów kinowych przez obejrzeniem DBS, więc pierwszy i drugi arc „Super” były dla mnie czymś nowym...

Reszta wpisu znajduje się na blogu Forum Actionum: http://forum.cdaction.pl/blogs/entry/48404-super-super-jest%C2%A0/

sobota, 29 października 2016

PeCe mastah rejs!

Yyy przez gópie plejstejszyny i x-klocki yyy gry majom gorszom grafikem i wymagania s kosmosu! Ale twurcy wolom konsole bo gry som drogie i hajs się zgadza. Ale ja se moge ściągnonć emulator i grać w co kce!

PC mastah rejs!



Dobra, gimbaza na bok (uwaga! Produkt będzie zawierał memy, ale nigdy ich dużo nie było na blogu, więc je tu powrzucam na chama, żeby było bardziej kolorowo, bo jestem leniwy :P). Temat wojny platformowej (czyli w zasadzie konsole vs PC) powrócił przy okazji zapowiedzi gry Red Dead Redemption 2 i faktu, że nie pojawi się ona na blaszakach.



I choć jestem graczem posiadającym tylko PC (choć od jakiegoś roku mam tez Androida) nie czuję się jakoś strasznie źle z tego powodu. Zanim jednak niektórzy z Was przypomną mi, że jakieś trzy lata temu „płakałem” z powodu braku premiery GTA V powiem tak: uważam, że o ile brak serii GTA na „kompach” to grzech, tak o konsolowy exclusive (jakim jest RDR) nie ma co się kłócić. W God of War też nigdy nie zagram i co z tego? Byle R* kontynuował tworzenie GTA na PC i będzie gitara J.



Rozśmiesza mnie jednak ta „wojenka” toczona na fanpejdżach, forach, stronach internetowych i czym tam jeszcze poświęconym grom. Bo serio – czy to wina konsolowców i konsol, że gra wychodzi tylko na ich platformy.

Więc wstydźcie się „pececiarze” i nie obrażajcie innych graczy tylko za to, że grają na czymś innym.

(nie) Obrażajcie twórców, że nie chcą tworzyć gier na naszą platformę!



Za to wszyscy tacy jak ja – czyli grający tylko na PC – powinni pamiętać, że my możemy grać w WoWa, strategie, modyfikacje, Skyrim Full HD od jakiegoś roku i nieco tańsze gry (w tym tanie serie).

Nie to, co ten konsolowy plebs.



sobota, 22 października 2016

Kącik muzyczny

Kilka lat temu niejaki Smuggler napisał, że ma „pierwszy stopień muzykalności”, czyli „odróżnia kiedy nie grają, a kiedy nie grają”. Nieco rozwinąłem tę myśl i uważam, że mam drugi stopień – odróżniam czy mi się utwór podoba czy nie :).

Wiadomo – de gustibus nihil nisi bene  de gustibus non est disputandum, lecz w niniejszym wpisie chciałbym napisać o muzyce, której ostatnio słucham najczęściej, niezależnie od tego, co robię. Rzuciłem więc okiem na swoją playlistę na telefonie i co widzę?

99% to utwory z gier!

Nawet teraz, pisząc ten wpis, z głośników płynie muzyka z Dragon Age: Inkwizycja. I to w dodatku nie w wersji oryginalnej – angielskiej – a w wersji francuskiej.

Dlaczego akurat w tym języku? Powody są dwa: uczę się aktualnie francuskiego oraz fakt, że w tym języku brzmi to dużo lepiej.

Dla porównania:




I co sądzicie? Francuski > angielski, nie? :P

Astra*ując jednak od mojej listy odtwarzania - sięgnąłem pamięcią do pierwszej muzyki, która mi się w grach podobała i przypomniałem sobie najlepsze, moim zdaniem, radio w historii serii GTA – pochodzące z „trójki” Game FM. Pamiętam, ze zawsze, ale to zawsze je włączałem.

Fakt, w nowszych częściach radio stało się bardziej rozbudowane (ach ta reklama wyborcza z GTA V :D) i pełne znanych utworów, ale w tamtych czasach było to, dla mnie, coś genialnego.

Dodatkowo:


  
Podobnie, jest w przypadku pierwszej Mafii. Wiem, że niedawno wyszła „trójka” (jeszcze nie grałem – chyba poczekam aż stanieje), a ja wciąż lubię wracać do pierwszej części (mam save ze zrobionym wątkiem głównym) i jeździć bez celu po całym mieście słuchając muzyki każdej z dzielnic.

Wracając jednak do playlisty, wymienić mogę jeszcze sporo utworów z gier: choćby genialne „Ave Maria” z Hitman: Blood Money (wciąż jedyny utwór po niemiecku, którego słucham :D). Do tego utwór z Przystani z piątego Heroesa, "Dragonborn" i "Sovngard" z soundtracku Skyrima. Oraz "Lament of the Highborne" z World of Warcraft. Oczywiście, nie zapomniałem o polskim akcencie, czyli „Wilczej zamieci” (a raczej jej francuskiej  angielskiej wersji :))  z Wiedźmina 3.

Swoją drogą, niebawem w supermarketach będą grać utwory bożonarodzeniowe, więc i dla „Bóg się rodzi” znajdzie się miejsce… zupełnie jak w Civilization V podczas gry Polską :). (wprawdzie nie ma go na mojej „codziennej” liście, ale jest przy Świątecznych).

Do czego zmierzam – wynajdując w swojej playliście i głowie utwory z gier uświadomiłem sobie jak mało zwraca się uwagę na ten „szczegół”. Bo jak wygląda udźwiękowienie „gier” w niektórych filmach? Bziiuuu-pcium!-piuuu. I taki obraz gier powstaje w świadomości nie-graczy i „naukowców”.

A szkoda, bo akurat pod tym względem gry już dawno dorównały filmom.


Jeszcze pytanie do Was – jakie macie ulubione utwory z gier?

sobota, 3 września 2016

Pokemon Paszoł!

Pierwszy po wakacjach wpis zacznę od tematu, który przez cały okres laby przewijał się przez media branżowe i mainstreamowe – Pokemon GO!.

Mam wrażenie, że nieco wyolbrzymiono sukces tej gry. Fakt, idąc przez miasta, w którym spędzałem wakacje widziałem tłumy nastolatków i osób w moim wieku z nosami w telefonach szukających Pikachu, Abry czy innego Charmandera, ale mam wrażenie, że to czasowa moda.

Potwierdza to tekst, który niedawno czytałem (wybaczcie, nie pamiętam gdzie), że graczy coraz bardziej ubywa. W sumie nic dziwnego – czas odpoczynku minął, a nabijanie kilometrów na jajkach (z których może wykluć się kot… to znaczy Meowth, co jest fenomenem w biologii) nie działa w autobusach komunikacji miejskiej ani w samochodach.

Skąd to wiem? Bo sam grałem, z dziennikarskiej ciekawości. Przy okazji przekonałem się, że obok mojego domu jest Gym – na tyle daleko, by dzieciarnia nie wystawała mi pod oknami. Ja jednak za cel postawiłem sobie złapać ich jak najwięcej, by wypełnić Pokedex (obecnie mam ich 44…), szczególnie, gdy zobaczyłem jak silni są przeciwnicy w Gymie (stan na moment pisania tego tekstu, czyli piątkowe popołudnie 02.09.2016 – Pidget CP 866, Flareon CP 1078, Vaporeon CP 1395, gdy mój najsilniejszy Pokemon to Pidgeot CP 655).

Jednakże, tak sobie pomyślałem, gdy podczas gruntownego sprzątania w pokoju znalazłem swoje „Tazosy” – motyla noga, to przecież aplikacja dla osób takich, jak ja, czyli tych, którzy przeżyli fenomen Pokemonów jeszcze w dzieciństwie, żyliśmy nimi itd. Ba, złapałem się nawet na tym, że po obrysie potrafiłem rozpoznać co to za Pokemon (kłania się Pan od tych wpisów. Może lepiej, że tego nie dożył?).

Choć współczesna forma zbierania Pokemonów wydaje się o wiele lepsza – zamiast żreć chipsy trzeba chodzić. Szkoda tylko, że aplikacja nie zalicza mi poprawnie kilometrów :/.


Cóż mogę powiedzieć na zakończenie? Chyba pójdę po prostu się przejść, dla zdrowia :).

A Wy - graliście? :)

sobota, 11 czerwca 2016

Nie ma jak w domu

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bowiem kwestia, którą chce poruszyć sama w sobie jest niezbyt wielka. Mianowicie, jest pewien element w grach, który uwielbiam, choć ludzie piszą, że to „dla gupich Amerykanów”.

Housing, bo o nim mowa, jest dla mnie jednym z ciekawszych aspektów współczesnych gier. I nie mam tu na myśli Simsów (kiedyś próbowałem… to nie dla mnie), lecz RPGi.

Możliwość zdobycia miejsca, które mój bohater nazwie domem jest dla mnie bardzo ważną częścią wczuwania się. O ile jednak taki Geralt nie potrzebował stałego „meldunku” (choć winnica wygląda obiecująco i czekam aż wreszcie dobiję do niej), tak już zarabiający krocie Dovahkiin mieszkający w jakiejś karczmie wywoływał u mnie efekt „ale dlaczego?”.

I tym sposobem polubiłem zarówno podstawowe domy w Skyrim (i Oblivion), jak również możliwość rozbudowy z Hearthfire i rozmaitych modów. Ja to po prostu uwielbiam!

Dlatego, gdy zobaczyłem domek i możliwości jakie daje w WildStar szybko przekonałem się do tego MMORPGa. Niestety, odstraszył mnie system walki, ale wciąż lekko mnie ciągnie do zabawy z ustawianiem wirtualnych mebli i czego tam.

Z drugiej strony medalu jest World of Warcraft i niesławne garnizony z Warlords of Draenor. Cóż, o ile sam koncept bardzo mi się spodobał, tak już wykonanie było beznadziejne. No bez jaj – nie ma tam nawet miejsca, by dowódca garnizonu (czyli ja) położył się spać! Po całym dniu walki z jakimiś brudasami nie mam nawet miejsca do spania! Serio, Blizzardzie?

Wracając do zwykłych RPG-ów – bardzo spodobała mi się Podniebna Twierdza w Dragon Age Inkwizycja (recenzja za tydzień :D), którą nie dość, że mogłem lekko rozbudować, to jeszcze dostosowywać. Dla mnie żyć-nie umierać :D.


A Wy co sądzicie o housingu w grach – to dobry pomysł czy beznadziejny zapychacz? I jaki był Wasz ulubiony dom w grach? Mój to, póki co (nie widziałem jeszcze winnicy z Wiedźmina 3 :P), wspomniana wyżej twierdza.

sobota, 28 maja 2016

Looting time!

Chyba wszyscy grający w RPG-i to znają – zaglądanie do każdej skrzyni w polu widzenia (byle nie strażników czy właściciela :D), przeszukiwanie pokonanych wrogów, zbieranie wszystkich kamieni, ziółek itd.

Tak, uprawianie zbieractwa vel chomikowanie jest silne podczas rozgrywki. Setki przeczytanych (lub nie) listów, książek, zwojów, tysiące roślinek i kamyczków, te tajemnicze „cosie”, które przecież mogą się przydać… to wszystko znajduje się w ekwipunku chyba każdej postaci RPG tuż przed finałowym bossem.

Jest to całkowicie naturalne. Dlatego pamiętam, że przeżyłem lekki szok, gdy po ograniu trzech części Gothica zasiadłem do Obliviona. A tam – „Jesteś przeciążony!”. „Ale jak to?” – pomyślałem wówczas. Szok był spory, ale minął, gdy odkryłem magię „TGM” (pozdro dla kumatych, czyli pewnie większości z Was :P).

I tutaj nasuwa mi się pewna myśl – skoro gracze uwielbiają zbierać w grze przedmioty, których i tak nigdy nie użyją (ręka do góry kto miał mnóstwo mutagenów w trzecim „Wiedźminie” J) to dlaczego ograniczać im ekwipunek? Cóż, nie znam odpowiedzi – chyba po to, żeby pokazać graczom „hola! Geralt/Dovahiin/Inkwizytor/wpisz kogolowiek nie jest tragarzem (ani nie przechodzi z tragarzami)! Pozbądź się tej Stalowej Zbroi ważącej 100 i zwolnij trochę ekwipunku ty egoistyczny…”. Z drugiej strony – obecnie niemal w każdym RPG-u znajdziemy skrzynię (czy cokolwiek innego) na nasze dobra.

A nie oszukujmy się – do tych skrzyń wszystko wpada, ale bardzo rzadko cokolwiek zostaje później wyjęte. Serio – jeśli mam 17 poziom, a broń/zbroja są na 19 to po co mam to gdzieś zostawiać? A jak w środku ważnej jaskini wbiję ten level to co wtedy, a? Zwykle do tych skrzyń trafia więc fajnie wyglądający/legendarny/z fajną nazwą ekwipunek, ale za słaby dla naszej postaci. Ot, żeby miejsce w ekwipunku się zgadzało.

W MMORPG jest dokładnie tak samo – kiedy odchodziłem z WoW mógłbym przysiąc, że mój main miał w banku więcej klamotów niż powinno się tam mieścić. Podejrzewa, że gdyby ten bank istniał fizycznie to, łącznie z ilością złota, mój Marqus mógłby w nim pływać, jak Sknerus w swoim banku. No, może byłoby to bardziej niebezpieczne J.

Chciałbym zakończyć swój szybki i dość krótki wpis pytaniem – do czego, Waszym zdaniem, potrzebne jest graczom ograniczanie ekwipunku? I czy Wy też tak macie, że musicie to – czymkolwiek to jest - mieć w ekwipunku/skrzyni?


PS. Najprawdopodobniej za tydzień wpisu nie będzie. Wybaczcie J.

sobota, 7 maja 2016

Para w ruch

Wymieniona w tytule wpisu książka stanowi kontynuację przygód…

No, nie o tym dzisiaj będę pisał. Książki jeszcze nie skończyłem... Dzisiejszy wpis będzie dotyczył innej „Pary”, czyli znanego wszystkim STEAMa. Choć właściwie może odnosić się do wszystkich podobnych tworów (np. GOG Galaxy, UPlay, Origin itd.).

Pomysł przyszedł mi do głowy podczas czytania komentarzy pod newsem o nowym numerze CDA. Co miesiąc czytam praktycznie to samo – marudzenie, że pełniak jest/nie jest na STEAM/UPlay itd.

Postanowiłem więc spisać wszystkie za i przeciw takich platform i Was też proszę o pisanie w komentarzach własnych propozycji. (Porobiłem nawet kolorki (weee!) – podoba się Wam? J)

Za:

+ Wszystkie gry w jednym miejscu
+ Brak konieczności posiadani płyty do instalacji
+ Automatyczne aktualizacje
+ Możliwość wyboru języka z poziomu platformy
+ Warsztaty z modami
+ spoiler – to też mógł być powód :D


Przeciw:

- Konieczność posiadania połączenia z Internetem
- Czas trwania instalacji
- Automatyczne aktualizacje (upierdliwe)
- RAMożerność
- Wszystkie gry w jednym miejscu – możliwość ich utracenia
- Podatność na włamania i utraty konta
- Słaby customer sernice (szczególnie STEAM)


Ciekawe co z tego wyniknie – w chwili pisania znalazłem więcej przeciw niż za – interesujące…

sobota, 23 kwietnia 2016

Szuukaj mnie…

Ile tego było… Pióra, flagi, paczki, podkowy, „Playboy-e”… czego to już się w grach nie szukało. Zawsze, jako typowego lenia, zastanawiało mnie jedno - po co to wszystko? Czemu miałbym szukać jakiś graffiti czy innego badziewia?

Niby są za to jakieś nagrody - za określoną ilość „znajdziek” dostaje się w grze różne bonusy: broń, strój, kamizelkę, „gwiazdkę” itp. Ale przecież nie zawsze – bywa, że to „sztuka dla sztuki”.

Oczywiście, szanuję osoby, którym chciało się znaleźć sto paczek w GTA III. Najwięcej ile ich znalazłem to bodaj 30, nawet korzystając z mapy znalezionej w Sieci. Z kolei w Assassin’s Creed nie znalazłem nigdy nawet połowy flag, piór i czego tam jeszcze. Wyjątkiem były szanty w Black Flag (obecnie w Rogue), ale one dawały coś konkretniejszego – przede wszystkim dlatego, że zastępowały mi radio z GTA/Mafii J. Oczywiście, z czasem Ubi zaczęło dawać możliwość kupienia map z oznaczonymi „znajdźkami”, ale mi nadal nie chciało się biegać po całej mapie. Ot, znalazłem coś – to super! Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do przewąchiwania całego miasta/mapy w poszukiwaniu poukrywanych gratów.

Szczególnie nie spodobało mi się w Syndicate – nasłuchuj muzyczki, znajdziesz pozytywkę, z niej zabierz jakiś krążek, zanieś i odblokuj zbroję. O ile sam patent na muzyczkę mi się podoba, tak ganianie po mieście nasłuchując (w grze akcji!) już nie.

To jeszcze nic. Taki Far Cry Primal ma tyle prehistorycznych gratów do znalezienia, że nie potrafię powiedzieć dokładnie ile ich jest… Niby wszystko jest na mapie, ale nie mam pojęcia ile czego zebrałem, jak się nazywa ani co z tego będę miał…

Stąd zastanawia mnie jedno – twórcy umieszczają takie elementy z jakiegoś powodu. Nie wiem tylko – jakiego. Czy gracze lubią szukać rozwalonych po całej mapie rzeczy? Pewnie tak, choć ja się do nich nie zaliczam. Z drugiej strony – może twórcy jakoś nie mają innego pomysłu na urozmaicenie rozgrywki? Bo przecież temu ma to (chyba) służyć. Ale czy ma to sens?

Osobiście bardziej wolę robić misje poboczne, które dają konkretne nagrody niż szukać Bóg wie ilu rzeczy. Choć, oczywiście, lubię w grze chomikować… ale to temat na inny wpis J.


A Wy co sądzicie o „znajdźkach”? Szukacie ich czy olewacie, jak ja? Piszcie w komentarzach.


PS. Za tydzień, z racji „Długiego weekendu” (swoją drogą – fajny film :D), wpisu nie będzie.

sobota, 12 marca 2016

O czym myślą złe NPCe?

Dzisiaj będzie krótko. Wszyscy gracze znamy ten typ NPCa (ang. hostile) – siedzi sobie taki w jaskini/forcie/kopalni/krzaczorach/gdziekolwiek tylko po to, by zaatakować bohatera i zostać jego workiem treningowym dającym exp (albo go zabić, by po jakimś czasie wrócił i się odegrał).

I tak się zacząłem zastanawiać – przecież atakowanie silniejszego od siebie jest bezsensu w przypadku żyjących z napadania na bezbronnych. O ile jakieś wilki czy inne cieniostwory albo utopce kierują się instynktem, tak nawet najgłupszy ork cieć z najbardziej zapyziałej wiochy powinien coś tam mieć pod hełmem.

Weźmy za przykład taki Skyrim. Wszędzie szaleją smoki, wojna domowa zbiera żniwa, a tu siedzi sobie taki hultaj i wraz z koleżkami napada na innych. Rozumiem – zaatakować jakiegoś kupca czy grupę rannych żołnierzy albo farmera idącego do miasta szukać lepszego życia.

Ale po co atakować legendarnego Dragonborna, który ma uratować tyłki wszystkim, z wymienionymi bandytami włącznie? Jaki interes ma w tym taki bandyta, że zabije ostatnią nadzieję białych, orków i kogo tam jeszcze.

Teraz wyobraźmy to sobie. Jesteśmy bandytą imieniem Joe, który całe swoje życie spędził na napadaniu na innych. Ze swoją banda złupił wielu kupców w całym Tamriel. Pewnego dnia trafił do Skyrim i zaczął napadać wraz z dwoma kompanami na ludzi, ukryty w krzakach.

Jego wyposażenie było mizerne – jakiś łuk, kilka strzał, toporek i zbroja skórzana.

Tak sobie napadają na kupców aż tu nagle na horyzoncie dostrzega Jego. Biegnie ku nim wojownik jakiś – ciężka zbroja, wielki miecz na plecach, cały we krwi. Joe nie był głupi – słyszał w pobliskiej karczmie o legendarnym Dragonbornie, który ma zabić smoki i zbawić cały świat. Joe wiedział, co musi zrobić.

Jednak górę wzięła jego druga komórka mózgowa, więc krzyknął tylko „Do ATAKUUU!”. Zanim zdążył zdjąć łuk z pleców jeden z bandytów leżał już martwy a drugi szybował w powietrzu. Mózg Joe zwariował – został sam na placu boju, a Dragonborn już się zbliżał. Cóż więc robi nasz Joe? Chowa łuk i wyjmuje sztylet.

Po czym pada martwy, bo jego czaszka jednak nie wytrzymuje ciosu dwuręcznego miecza.

Koniec bajki o Joe.

Zastanawia mnie też inna rzecz w Skyrim – po jakimś czasie bandyci w danym miejscu są zastępowani przez nowych, równie tępych. Gdzie oni mają rozum? Niedawno ktoś (w sumie to przecież nie wiedzą kto – może oddział Legionu tam wpadł?) wybił poprzednich „mieszkańców” co do nogi, pozabierał im sprzęt i ogólnie zostawił za sobą pożogę.

A oni co? „Super miejscówka, trupów sporo, ale uprzątniem i będzie cacuś”. Bo przecież skoro byli tam wcześniej bandyci – to i oni mogą tam założyć obóz, nie? Przecież kto by przychodził dwa razy w to samo miejsce?
Ten zarzut dotyczy zresztą wszystkich RPG-ów. Nawet nasza duma narodowa – Wiedźmin 3 – może poszczycić się obecnością bandytów, którzy widząc na swej drodze białowłosego, złotookiego i cholernie zwinnego mężczyznę nie wahają się go zaatakować. Czyżby nigdy nie słyszeli o Rzeźniku z Blaviken?

Tu rozgrzeszam jedynie moment, gdy to my atakujemy miejscówkę przeciwnika (przynajmniej się nie odradzają) i Zakon Płonącej Róży, który ma prawo nas nienawidzić i atakować. Reszta powinna raczej nas unikać…

A Wy – macie jakieś przykłady (najlepiej przerysowane :D) na głupotę wrażych NPC-ów? Podzielcie się nimi w komentarzach :).


Do zobaczenia za tydzień!

sobota, 5 marca 2016

Wyżarty przez Wyżra

Od pewnego czasu gram we wszystko po angielsku, ewentualnie z polskimi napisami. Powód jest prosty i niektórym pewnie znany – polonizacje.

Zwyczajnie za nimi nie przepadam. Oczywiście, nie mówię, że wszystkie są złe (choćby genialny pod tym względem Gothic), ale, niestety, w wielu produkcjach (nie tylko grach) lokalizacja bywa… słaba. Rozumiem, że w Polsce nie wszyscy znają angielski, ale, na miłość boską, czemu nikt nie przysiądzie nad tłumaczeniem?

Ogólnie jestem też zdania, że nie powinno się tłumaczyć nazw własnych (chyba, że jest to absolutnie niezbędne).

Stąd, wiele lat temu, śmiałem się z „szarlotki z malinami” i Kaszalota vel Pajaca (oryg. Kakarotto) z tłumaczenia Dragon Ball Z. Nie wspominając już o Komórczaku, Songo (sic!) czy przezabawnym Szatanie Serduszko.

Teraz, w takim Hearthstone, zawsze najbardziej śmieszy mnie Wyżer (ang. Hogger). Przyznam, że mam problem z odmianą w dopełniaczu - Wyżera czy Wyżra (stawiam na tę drugą opcję, ponieważ jest wyżeł i wyżła)? I, ogólnie, zrozumieniem zamysłu tłumacza spolszczającego imiona postaci.

Równie ciekawie jest przy postaci Uthera Lightbringera. O ile, osobiście, przetłumaczyłbym (jakbym już musiał) go na „Niosącego Światło”, tak tworzący lokalizację postawili na przydomek „Światłodzierżca”. Że co? Przecież to nie ma nic wspólnego z tą postacią. Ale ludzie są gotowi bronić tego tłumaczenia (najbardziej mi się spodobał argument, że „nieść i trzymać (dzierżyć) to synonimy”). Cóż…

Pozostając w temacie HS muszę jeszcze wspomnieć o karcie „Millhouse Manastorm”, której nazwę jakiś geniusz przetłumaczył na (wrażliwi proszę o naszykowanie żołądków) Mełko Gromiłło. Hę?? Skąd ktoś wziął to tłumaczenie? W sumie to nie chcę wiedzieć.

Skoro jednak zacząłem już o tym myśleć, przypomniały mi się inne „kfiatki” tłumaczy. Ot, taki Skyrim. Na początku, w polskiej wersji, jeden ze współtowarzyszy pierwszej podróży mówi lakoniczne do kata (chyba) „będę twoją pierwszą ofiarą”. Tymczasem, w angielskiej wersji mówi do kapłanki: „Oh, for the love of Talos, shut up, and let’s get this over with”. To drugie bardziej pasuje do Stormcloaka (ich polska nazwa też jest taka sobie) niż pierwsze. Szczególnie w takiej sytuacji. Durne jest też przetłumaczenie „Dragonborn” na Smocze Dziecię.

Nie zrozumcie mnie jednak źle – nie winię tłumaczy za ich wkład w wykonaną pracę. Wiem, że niekiedy trzeba przetłumaczyć, bo za to płacą i to jeszcze musi się (niekiedy) zmieścić w wyznaczonym miejscu.

Przy okazji pomyślałem sobie – a może samemu spróbować tłumaczyć w ten sposób? Dołączycie do mnie? :) Piszcie w komentarzach, może jakaś firma nas zatrudni :D.

Tłumaczyć można wszystko – imiona, nazwiska, tytuły, nazwy miejsc (także tych rzeczywistych). Oto moje propozycje (w kolejności według wpadania do głowy):

Nordmar - Północno
Nordmarian – Północnik
Gorn – Grześ
Milten – Miłosz
Król Rhobar II – Król Robert II
Xardas – Xaweryks
Vatras - Wodzian
Los Angeles – Aniołowo
Los Santos – Świębodzin
Trevor Philips – Teodor Filipski
Michael de Santa – Michał Świętowski
Franklin Clinton – Franciszek Klinton
Skyrim – Niebakant
Age of Empires – Cesarski wiek
Cities: Skylines – Miasta: Linie Nieba
Hearthstone – Kamienne Serce
Grand Theft Auto – Wielkie Kradziejstwo Automobilu
Heroes of Might and Magic – Bohaterowie Mocni i Magiczni
Jeremy Clarkson – Jeremiasz Klakson
Richard Hammond – Ryszard Chamowski
James May – Jakub Maj
James Bond – Jakub Więź
Barack Obama – Bartłomiej Obamowski
Vegeta – Warzyw
Beerus – Piwnik
Whis – Łysy
Don Vito Corleone – Pan Witold Rdzelewski
Risen – Podróż
Battlefield – Pole Walki
Call of Duty – Wezwanie do wojska
Star Wars – Wojny gwiazdy
Batman – Nietoperzowiec
Spiderman – Pajęczarski
Homer Simpson – Homer Samsonowicz
Ezio Auditore – Edward Auditore
Stormwind – Burzowiatry


Czekam na Wasze propozycje :).

sobota, 28 listopada 2015

Assassynując

Jestem wielkim fanem serii Assassin’s Creed. Poza Liberation i Rogue mam wszystkie części wydane na PC. Nic dziwnego, że skusiłem się też na najnowszą część – Syndicate.

Ale nie o niej dzisiaj. No, nie do końca. Dzisiaj będzie o pomocy technicznej Ubisoftu. Musiałem się z nimi skontaktować, ponieważ po pierwszej sekwencji i ekranie tytułowym gra, zamiast do Londynu, wrzuciła mnie do limbo – czyli znanego z poprzednich części Animusa, po którym można biegać bohaterem. I nie wypuściła mnie stamtąd – za pierwszym razem czekałem ponad 40 minut, połowę tego czasu biegając jak debil w kółko.

Ok, zdarza się, może wystarczy zresetować grę i będzie dobrze. Jakby to powiedział Bezi „ta, jassne”. Nie pomogło zmniejszanie detali itd. (pierwszą sekwencję przeszedłem na high). No nic, trzeba się skontaktować z działem pomocy technicznej. Ale – był piątkowy wieczór, więc nikt tam nie pracuje. No dobra, mają dwa dni robocze, niech będzie, poczekam.

Jednakże, następnego dnia postanowiłem napisać do angielskiej pomocy technicznej poprzez Facebooka. Poprosili o moją konfigurację – odpisałem: Intel Core i5, 2,8 GHz, GeForce 960 gtx, Win10, 4 GB ram. Pewnie już się domyślacie – jako winnego wskazali moją ilość pamięci (gra wymaga 6 lub 8 GB). Nie docierało do nich, że gra mi się nie zawiesza czy nie włącza, tylko utknąłem na ekranie ładowania. Nic to, pokombinowałem (jak łysy wieprz pod górę) i udało się – gra mnie wpuściła do Londynu. Jak – o tym za chwilę.

Swoim sukcesem pochwaliłem się „Anglikom”. Odpisali, że super i w razie czego są dalej chętni do pomocy. Odpisałem im, że, póki co, byli całkowicie „useless” i zakończyłem konwersację.

W sumie, już miałem anulować wiadomość do polskiej pomocy, ale pomyślałem – a co jeśli bym nie wpadł na tak proste rozwiązanie? Niech mi odpiszą, mają czas do wtorku.

Odpisali. W środę. Po mojej interwencji. Zażyczyli sobie mojego dxdiag i msinfo. Już wiedziałem co się święci, ale ok – wysłałem im.

Niedługo później dostałem odpowiedź – że nie gwarantują działania na 4 GB RAM, ale proponują inne rozwiązania. Poza aktualizacją sterowników itp. znalazło się tam również „moje” rozwiązanie :).

Innymi słowy: Polska 1:0 Anglia :D.

Samo rozwiązanie było zresztą banalne – wystarczyło zweryfikować pliki przez Uplay i poczekać na pobranie jakieś 12 GB. I tyle. Czy angielska pomoc nie mogła tak od razu? Zaoszczędziliby mi nerwów i poszukiwań. Ale nie, lepiej klepać formułkę „nie działa, bo 4 GB, a potrzeba 6 lub 8”.

Gra działa mi na średnich detalach, czasami przycinając się (głównie podczas jazdy powozami). Jak ją skończę to możliwe, ze napiszę o swoich wrażeniach coś więcej.

Cóż, kiedyś mawiano „medice, cura te ipsum” czyli „lekarzu, lecz się sam”. Ja mogę powiedzieć: „pomocy techniczna (angielska, w tym przypadku :D), pomóż sobie sama”.


A Wy – jakie mieliście przejścia z pomocą techniczną? Czy może zawsze wszystko szło gładko? Piszcie w komentarzach :).

sobota, 14 listopada 2015

Kącik literacki

Dziś będzie krótko, ale wyjątkowo nie o grach (AC: Syndicate PC jeszcze nie wyszło, a Wiedźmine 3 wciąż nie ukończyłem :P), lecz o książkach. Trzy tygodnie temu we wpisie o Wiedźminie wspomniałem o Ankh-Morpork. Czas rozwinąć ten temat :).

UWAGA! Tekst może zabrzmieć jak nieudane wypracowanie do podstawówki :P. Bardzo mi z tego powodu wszystko jedno.

Książki śp. sir Terry’ego Prachetta czytam zaledwie od kilku miesięcy. Polecił mi je znajomy po tym, jak utknąłem na „Chrzcie ognia” Sapkowskiego. Zacząłem czytać od cyklu o straży…

I mnie mocno wciągnęło. Kiedy piszę te słowa jestem za połową „Straży nocnej” i niebawem biorę się za kolejną część. Po drodze zaliczyłem też dość słabą, moim zdaniem, „Prawdę”. Gdybym miał szeregować książki z cyklu od najgorszej do najlepszej, to, póki co (pomijając „Straż nocną” oraz opowiadania) kolejność byłaby taka: „Prawda”, „Bogowie, honor, Ankh-Morpork”, „Piąty elefant”, „Na glinianych nogach”, „Straż! Straż!” oraz „Zbrojni”.

Dlaczego ta książka trafiła na pierwsze miejsce? Ze względu na dobrze zarysowane nowe postacie –Detrytusa i Anguę >>spoiler alert!!<< (Cuddy zginął, więc się nie liczy :)). Nie mam nic ani do Sama Vimesa, ani tym bardziej do Marchewy, ale te dwie postacie wydały mi się najciekawsze w całym cyklu.

Jednocześnie, każdego trolla w Wiedźminie 3 zacząłem nazywać „Detytrus” (szczególnie tego z armii redańskiej, jeśli wiecie o co chodzi :D).

Choć i tak nikt nie przebije Śmierci. Cykl o nim też kiedyś przeczytam, bez obaw :).

Najbardziej jednak ujął mnie typowy, angielski humor, który zawsze lubiłem.


A co Wy sądzicie? Piszcie w komentarzach :). Dajcie też znać, czy podoba Wam się takie odejście od okołogrowych tematów na blogu :).

sobota, 24 października 2015

Na Wilczym szlaku

Dawno nie było nic o grach, więc czas to nadrobić. Pogoda na zewnątrz sprzyja graniu i czytaniu, więc dzisiaj o jednym i drugim ;).

Jak pewnie wywnioskowaliście z tytułu postu – będzie o Wiedźminie 3, którego niedawno kupiłem. Wiem, że o tej grze zdążono napisac już chyba wszystko – ale niedawna premiera pierwszego dodatku (kupiłem tez oba w pakiecie) jest chyba dobrym momentem na taki wpis. Szczególnie, że jest to najlepszy RPG, od czasów Gothic 3, w jakiego grałem!

Szczerze pisząc, niech się schowa Dragonborn z całym tym swoim zapyziałym Skyrim – Velen i Skellige miażdżą go pod każdym względem. No, prawie każdym, ale żadna gra nie jest doskonała.

Nie będę się zagłębiał w meandry fabuły – jestem na dość wczesnym etapie głównego questu, ponieważ skupiłem się głównie na zadaniach pobocznych i odkryciu wszystkich miejsc. Najbardziej żałuję, że dosyć szybko skończyły mi się wioski do odbicia…

Wracając do porównania ze Skyrim – tam niby byłą ta wojna domowa, ale (SPOILER ALERT!) koniec końców nikt nie zostaje królową. A tutaj? Kilka questów, kilka godzin zabawy  i dochodzi do koronacji! Bethesda (i wielu innych) powinna siąść, zrobić notatki i popracować nad TES VI. Szczególnie, że modderzy już zaimplementowali część patentów z „Wieśka” do Skyrima – na przykład widziałem już mod dodający tablice ogłoszeń ze zleceniami!

Przyznam się szczerze, że „jedynki” nigdy nie ukończyłem, a „dwójkę” przeszedłem tylko raz (i to nie zdobywając tatuażu, jeśli wiecie o co mi chodzi ;) ), ale „trójkę” cisnę jak tylko mogę. Zaglądam pod każdy kamień, sprawdzam każdego NPC, czytam wszystkie ogłoszenia… I świetnie się przy tym bawię.

Jednakże, najbardziej zapamiętałem fragment, gdy udało mi się pokonać czterech NPC, których gra oznaczyła czerwoną czaszką – czyli byli silniejsi ode mnie. Dawno nie miałem takiej radochy w żadnej grze.

Na zakończenie powiem jeszcze, że niedawno czytałem prozę Andrzeja Sapkowskiego – i utknąłem przy „Chrzcie ognia”. Wstyd się przyznać, ale zwyczajnie nie mogłem przetrawić Szczurów i zrobienia z Geralta ciecia, który gania za dwiema babami po świecie zamiast wykonywać to, do czego został stworzony – czyli mordowania potworów za pieniądze. W pewnym momencie nawet pomyślałem – „kurde, chłopie, weź je przykuj w Kaer Mohren do jakiejś ściany i leć zabijać potwory!”. Ale cóż, obiecuję, ze kiedyś wrócę do „papierowych” przygód Geralta.

A to zakończenie.... *tak, znam zakończenie, lubię spojlery :D).

A, póki co, wyruszam ponownie na Skellige i… do Ankh-Morpork :D.

PS. Ankieta urodzinowa jest nieaktualna.

PS2. Za tydzień nie będzie wpisu.

sobota, 12 września 2015

Nadzieje

Znowu będzie o grach – tym razem z Gamescomu. Wiem, że temat już nieco przebrzmiały i obgadany, ale miałem wówczas przerwę wakacyjna, więc trzeba to nadrobić.

Z największa ciekawością patrzyłem na nowego Asasyna. Pisałem już o nim w tym wpisie, więc nie będę się powtarzał.

Z interesujących mnie gier najbardziej spodobał mi się Mount&Blade 2. Uwielbiałem i „jedynkę” i „Warbanda”, więc czekam i na „dwójkę”. Machiny oblężnicze wyglądają nieźle (ciekawe czy będą miały odpowiedniego „kopa”), walka wciąż kuleje, ale to zapewne wina początkowego rozwoju gry. Mam też nadzieje, że twórcy ponownie pozwolą zostać władcą średniowiecznego państwa, jak w Warband.

Co dziwne, zawiódł mnie trailer Mafii III. Spodziewałem się czegoś innego. Główna postać trochę mi początkowo przypominała Franklina z GTA V (to ten od psa :D). I te postacie na końcu – co to było? Nie zachwyciłem się, ale poczekam.

Na końcu gamescomowej wyliczanki został Blizzard i jego „Legion”. WoWa porzuciłem już jakiś czas temu, wiec się nie podniecałem, patrzyłem i czytałem bardziej z ciekawości. I zacząłem się bać. Jeżeli Blizz zepsuje jeden element – broń legendarną – to będzie po dodatku. Szczególnie, że każdą bron dla specjalizacji trzeba będzie oddzielnie levelować. Totalny bezsens. Dodatkowo – nie wiem czy im wybaczę przerobienie mojego ulubionego Survi Huntera na walczącego wręcz. Niby ok, ale już za mocno pokochałem tę specjalizację i klasę. A oni i ją zmieniają.

Z moich nadziei na 2015/2016 pozostaje mi jeszcze FIFA 16. Seria, którą porzuciłem po dobrej 11 może mnie ponownie przyciągnąć. Po demie widzę, że nie będzie zbyt łatwo (głównie ze względu na brak pada).


A, póki co, wracam do Novigradu :).

sobota, 27 czerwca 2015

Growe przemyślenia

Dzisiejszy wpis jest ostatnim przed wakacjami, więc postanowiłem napisać coś o grach. Jako, ze E3 skończyło się stosunkowo niedawno, uznałem, iż jest to dobry temat.

Uwaga – będę nieco marudził.

Ze wszystkich gier pokazanych w tym roku najbardziej zastanawia mnie czy Ubi poradzi sobie z nowym Asasynem. Założenia są niezłe – pomysł z dwiema grywanymi postaciami przypomina GTA V, Londyn z XIX wieku to dobry teatr działań, a i nieco nowoczesności też się serii przyda. Niemniej – Unity też miał niezłe założenia i wszyscy wiemy, czym to się skończyło…

Z drugiej strony, pojawiły się tez dwie gry studia SquareEnix, na które czekam – Just Cause 3 oraz nowy Deus Ex. O ile ten drugi traktuję jako ciekawostkę (nie skończyłem jeszcze Human Revolution), tak JC3 zapowiada się grą dla mnie. Oby…

Tak się jednak zastanawiam – czy są jeszcze inne gry, które mnie, zagorzałego pecetowa, mogły jeszcze zachęcić? Bo ja wiem – Kingom Come zapowiada się świetnie – uwielbiam Mount&Blade, więc to, chyba, będzie gra dla mnie. Dalej, nowy Hitman wygląda nieźle, ale po nieudanej „piątce” jestem sceptyczny.

Natomiast kompletnie nie wiem, co myśleć o Fallout 4. Nie grałem w żadną część tej serii, ale kiedyś trzeba spróbować :). A zapowiadana możliwość budowy „nowych” wiosek jest czymś dla mnie – lubię budować w grach (nawet domy w Hearthfire :D).

Skoro już o Bethesdzie mowa – nie rozumiem po co robią The Elder Scrolls: Legacy. Czy teraz każda seria gier musi koniecznie mieć swoją karciankę? Czekam na przeniesienie w ten gatunek GTA…

Kończąc ten wpis zastawiam się czy rok 2015 przyniesie jeszcze coś ciekawego. Osobiście uważam, że gra roku (w którą jeszcze nie grałem) już wyszła :).


Wesołych wakacji! Do zobaczenia we wrześniu!

sobota, 6 czerwca 2015

MMORPGi – co z wami??

Niedawno pojawiła się informacja, że kolejne (po SWTOR) abonamentowe MMORPG zmieniają system zarabiania na siebie. Twórcy The Elder Scrolls Online postawili na model sprawdzony przy grze Guild Wars, natomiast producenci Wildstara poszli na całość i ogłosili, ze gra będzie free-to-play.

O ile „Skyrima online” od początku olałem (TES to gry single player i nic mnie nie przekona!), tak produkcja Carbine interesowała mnie jeszcze przed premierą. Zacząłem w nią grać w becie, ale należność do WoWowskiej braci i nadzieja na dobry Draenor odciągnęły mnie od Dzikiej Gwiazdy.

Niemniej, ostatnie ruchy Blizzarda – celnie skomentowane przez znanego youtubera Nexosa pewnym Meksykaninem (patrz niżej) :) - spowodowały także moje odejście z gry na początku tego roku.


Natychmiast zacząłem szukać pocieszenia i skierowałem swój wzrok ponownie na Wildstara. Dokładnie dzień przed ogłoszeniem „nowego” modelu płatności skończył mi się 10 dniowy trial.

W tym czasie zapoznałem się z dwiema klasami dostępnymi w grze – jako ranger z zamiłowania wybrałem Spellslingera i Engineera. Obie po stronie Exiles, jakby to kogoś interesowało :).

I wiecie co? Housing, moim zdaniem, wymiata – nie to, co jakiś badziewny garnizon. Uwielbiam takie „ficzery” (choć nie lubię Simsów – dziwne, nie?) :). Podoba mi się też system walki – może leveling jest trochę spowolniony, ale przynajmniej nie mam wrażenia, że postać gra się sama (w WoW wbiłem 4 poziomy (!) nie wychodząc na krok z garnizonu – i byłoby więcej, ale mi się odechciało).

Z tych powodów z niecierpliwością czekam na „darmowe” MMO, zwane Wildstarem.


Au revior!

Za wcześnie?

 Znacie już moje zdanie o starych grach wydanych w „wersji HD” . Ostatnio jednak naszła mnie inna myśl – a co z grami „early access”? Czy na...