sobota, 8 października 2016

Cech, które NPC powinny nienawidzić u bohaterów RPG

Numer I
Bycie Tym Jedynym

Wyobraźmy sobie taka sytuację – do naszego kraju przybywa osoba z bardzo daleka i nagle okazuje się, że jest ona Wybrańcem, wszechpotężnym pogromcą czegokolwiek.

Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze jest, że to Zło pojawia się dziwnym trafem właśnie wtedy, gdy do krainy przybywa Bohater. I jak go tu lubić? Przez niego to wszystko!

Numer II
Molestowanie sprzedawców

„Mam tu sześć milionów sztyletów. Dawaj hajs!” – to musi irytować. Szczególnie sprzedawców  i innych klientów. Przyjdzie taki i zabierze złoto wszystkim handlarzom w całym mieście i jeszcze szuka komu by tu opchnąć te zbędne mu już strzały +1. A ty czekaj na wypłatę, bo akurat żaden kupiec nie ma już kasy a ty nie potrzebujesz Smoczej Zbroi +80. Zresztą – i tak Cię na nią nie stać.

Numer III
Bezkarność

W każdym świecie są równi i równiejsi. Jeśli uczciwie pracujesz, płacisz podatki i raz powinie ci się noga – wsadzą Cię za kraty, gdzie dokonasz żywota.

A Bohater? Skądże – on(a) ma chody u władzy. Zabije 5 osób? Spoko, 5000 złota załatwi sprawę. No, ewentualnie możesz posiedzieć ten miesiąc za kratami na koszt podatników.

Normalnie jak w realnym świecie :D.

Numer IV
„Pracowitość”

Kiedy już jakoś przetrawimy, że Bohater przybył na ten świat w jednym celu - zabicia Wszelkiej Maści Zła – to się na to godzimy. Jeden rodzi się, by być szewcem, inny – by zabijać potwory. Życie.

Ale co robi Bohater? Zabija bandytów (co jeszcze jest ok), zbiera kwiatki, kamyki, wykonuje jakieś zadania typu zabij szczury albo przynieś książkę. No serio – Wielkie Zło panoszy się po świecie (jakby nie było – to jego zadanie!) a ten ćwok łazi po całej krainie i robi bzdety, które (prawie) każdy wioskowy głupek potrafi zrobić.

Co gorsza, ten cały Bohater kradnie pracę uczciwym i ciężko pracującym NPC-om! Przychodzi, zbiera plony i sprzedaje właścicielowi ziemskiemu. A NPC? Do roboty, żeby Bohater znów mógł zebrać, zanieść i otrzymać zapłatę!

Tak samo jest w kopalniach – dziwnym trafem jak Bohater przyjdzie i chwile pokopie to nie da się przez długi czas nic stamtąd wydobyć. To nie może być przypadek!

Numer V
Brak aspiracji

To już jest szczyt wszystkiego – wszechmocny Bohater, najczęściej bogaty, posiadający od groma ziem i innych tego typu rzecz i znany w całej krainie… praktycznie nigdy nie obala panującego władcy! Nawet jeśli ten ostatni jest najgorszym możliwym ciemiężycielem!


I to ma być Bohater? To jakaś popierdółka, a nie Bohater!

sobota, 1 października 2016

Czas MSM-ów cz.3

Jestem już prawie u celu. Jeszcze tylko parę dni. Tylko JA mogę to zrobić. Jestem ostatnią nadzieją ludzkości…

I zakończę to szaleństwo, choćbym miał zginąć.

Widzę ich, obserwuje. Lata grania w gry komputerowe wynaturzyły tych… zwyrodnialców. I pomyśleć, że i JA mogłem być taki, jak oni.

Byłem młodszy. I głupi. A ten piekielny pomiot prawie mnie opętał. Kolorowa grafika, wspaniała muzyka i ta krew. Wszędzie krew. I pornografia… A jęki mordowanych śnią mi się do dzisiaj.

Tak mało brakowało… tak bardzo mało… Ale nie dałem się. Tetris nie dał rady Mnie złamać. Ale zyskałem dzięki niemu przewagę – ta gra RPG pozwoliła mi na częściowe wejście w umysły tych, których dzisiaj nazywamy MSM-ami.

Diagnozowałem kiedyś taki przypadek na polecenie sądu (byłem biegłym spychologiem). Młody chłopak, szesnastoletni, pod wpływem gry Pokemon zabił swojego ojca nożem. Ten zwyrodnialec pewnie jest teraz wśród tych wszystkich morderców. Ale zabił swego ojca, osobę, która nigdy nic mu nie zrobiła. W końcu każdy ojciec ma prawo się napić i uderzyć żonę lub dziecko. Ale syn podnoszący rękę na ojca? Hańba!

Ale jedno musze przyznać – MSM-owie doskonale wyczuwają czy ktoś jest jednym z nich.  Na Moje szczęście myślą, choć jest to określenie mocno na wyrost, że jestem jednym z nich. Widzą we mnie jednego z bohaterów tych ich plugawych gier. Mam nadzieję, że gdy poznają prawdę będzie już dla nich za późno.

Nie mogę patrzeć na te chore istoty z tą ich destrukcyjno-narcystycznym podejściem. Widziałem zagładę cywilizacji. I teraz widzę, jak na jej gruzach budują własną. Pełno tu mrocznych grobowców, nowoczesnych baz, robotów i budynków ze szkła. Co za nekrofile!

Ale już niedługo te brudne, zawszone istoty przestaną dręczyć ten świat. Odnajdę legendarnego Prof. S. Jonalistę. A ON ich zniszczy.

Myśleli, że Prof. S. Jonalista to obelga. HA! Nie znają prawdy. Ale JA znam. To właśnie ON jako pierwszy walczył z tworem piekielnym, jakim była kultura oralna. Mowił o tym bardzo głośno. Ale został wyśmiany. Wkrótce pojawił się nowy wróg – pismo. Prof. S. Jonalista uważał te bazgroły za kult Szatana - napisał o tym mnóstwo ścian, ale nadal był wyśmiewany. Poza pewną grupą. Ci ludzie, prawdziwi mędrcy i jedyne osoby, które znają Prawdę, stworzyli podwaliny pod współczesną spychologię. Byli Mistrzami moich mistrzów.

Szkoda, że ludzkość dała się tak łatwo omamić. I nadal daje się omamić. Ale to już będzie koniec.

I JA tego dopilnuję, z całą skromnością Ostatniego Normalnego Człowieka na Ziemi. Zburzymy te ich piekielne miasta i na ich gruzach zbudujemy nową, lepszą cywilizację, w której SPYCHOLOGIA będzie religią.

Tylko w ten sposób niszczycielski postęp zostanie zatrzymany.


Czas ruszać. Życzcie Mi powodzenia.

sobota, 24 września 2016

Miast z gier, w których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mieszkać!

Numer I
Khorinis (Gothic 2 Noc Kruka)

Morza szum, ptaków śpiew… Khorinis brzmi jak idealne miasto…

…by z niego uciec jak najdalej na pierwszej napotkanej łajbie! Serio – mieszkańcy mają do wyboru albo wyjść jedną bramą – gdzie już czekają na nich bandyci i orkowie, albo drugą, gdzie rządzą szczury oraz (ponownie) bandyci i orkowie. W dodatku, o ile nie jest się bogaczem, trzeba mieszkać w jakiś rozpadających się chatach obok kolesia, którego owce robią się coraz grubsze… zupełnie jak jego żona!

Jedyną atrakcją są portowe dziewczyny kanały, w których zabije nas Gildia Złodziei.

Do tego jeden z mieszkańców miasta wystąpił w Trudnych Sprawach:



Jest to też jakaś rozrywka. No, chyba, że ktoś woli słuchać Herolda po drugiej stronie miasta.

Zdecydowanie odradzam!

Numer II
Los Santos (Grand Theft Auto V)

Szybkie samochody, piękne (choć trochę plastikowe) kobiety, gorąco jak w piekle i bezkarna policja – oto obraz Los Santos. Do tego poziom przestępczości wynosi jakiś milion procent (zupełnie jak w Sosnowcu, Radomiu, New Jersey, Detroit) i to generowany jest przez maksymalnie jeden procent mieszkańców.

Jedynym plusem jest służba zdrowia… Tak naprawdę to nie – jeśli przyjadą to istnieje zbyt wysokie prawdopodobieństwo, że i tak nas rozjadą. Albo akurat jeden z przestępców zabierze karetkę.

Numer III
Cytadela (Heroes of Might and Magic III)

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć jednego z najbrzydszych I najbardziej cuchnących miast Erathii. Nie wiem jak ktokolwiek mógłby tam mieszkać – o ile nie jest gnollem, oczywiście.

Pełno tu ważek i hydr, w dodatku nie ma dróg, tylko cuchnące bajoro. Równie dobrze można mieszkać w szambie.

Rozrywki? Mieszkańcy tego miasta nigdy nie słyszeli o czymś takim. Chyba, że urządzają corridę z udziałem Gorgon.

Numer IV
Exodar (World of Warcraft)

Miasto parzystokopytnych „ludzi” z ośmiornicami na twarzach (zwanych Draenei – cóż za beznadziejna nazwa) to kolorowe i pełne fioletowych kryształów miejsce, który frustruje, gdy się do niego wejdzie. Nigdy nie da się niczego tam znaleźć – Portal do Darnassus? Wal się - znajdź sobie! Innkeeper? Wal się - znajdź sobie! Flight master? Wal się - znajdź sobie!!

Dodatkowo nie da się tam latać. A jedyna rozrywką jest wspomniany Portal do Darnassus.

Numer V
New York (The Godfather: The Game)

Nowy Jork na przełomie lat 40 i 50 XX wieku był brudnym miastem pełnym mafiosów. Ciągłe strzelaniny, wybuchy i beznadziejna policja (zupełnie jak polska – ukryj się w domu a przestaną Cię ścigać!) to chleb codzienny mieszkańców NY. Do tego trzeba doliczyć zaledwie kilka modeli samochodów – różnią się od siebie tylko wyglądem i tylko jeden model jest szybszy od innych.

A jak nam już ukradną samochód to możemy sobie odpuścić wzywanie policji – i tak nie przyjedzie.

Dodatkowo lepiej najpierw sprawdzić czy przed naszą ulubiona knajpą/fryzjerem/czymkolwiek stoją ludzie w czarnych garniturach – tylko wówczas istnieje cień szansy, że wówczas wyjdziemy z tego żywi.

Zresztą – kto normalny chciałby się stołować u ludzi w zielonych garniturach??

Numer VI
Dawnstar (Skyrim)

Ostatnim miastem jest Dawnstar – miasto znane z posiadania portu (wow!) i dwóch kopalń (wow!x2) oraz braku murów. Do tego nie ma tam cmentarza – ciała mieszkańców są chyba wrzucane do wody. Jest też bonus bycia mieszkańcem miasta – koszmary nocne! Choć jest to przynajmniej jakaś rozrywka.

Trzeba tez wspomnieć, że zimno jest nieznośne w tym mieście. Na szczęście istnieje możliwość rozgrzania się - gdy zaatakuje smok (chyba, że ma się pecha i zieje zimnem zamiast ogniem)! A robi to ilekroć Dragonborn szybko podróżuje do miasta.



Najgorsze, że nie da rady uciec na południe – droga jest marna i pełna rożnego tałatajstwa, więc nawet nie można spokojnie udać się do ciekawszego miasta regionu – na przykład… hmm… eee?

A co tam – uciekać od razu do Cyrodiil!

A w którym mieście z gier Wy nie chcielibyście mieszkać?


PS. Blog obchodzi swoje trzecie urodziny :D.

sobota, 17 września 2016

(pseudo)Wychowawcze brednie

Ostatnio było nieco przemyśleń, więc dla równowagi czas na odrobinę MSM-ów (kto się cieszy? :D).

Dzisiaj zajmę się analizą artykułu autorstwa Mariusza Gajewskiego „Niebezpieczne gry komputerowe”, który został zamieszczony na łamach czasopisma „Wychowawca” w styczniu 2002 roku.

Gotowi? :)

Świat gier komputerowych to anonimowa rozrywka pełna barw, dźwięków i emocji. Różnią się one stopniem skomplikowania akcji, atrakcyjnością treści czy bogactwem grafiki. Wysoki stopień komplikacji określa wielopoziomowość gry, liczne przeszkody i możliwości ich ominięcia {chyba tylko w platformówkach…}, konieczność układania planów taktycznych. Gry mają bardzo interesującą grafikę {?}, tworzącą plastyczny trójwymiarowy obraz, nie odróżniający się jakością od filmów wideo.

Zaczyna spokojnie Autor i nie bardzo jest się czego czepić. Chwilowo. No, może poza tą „anonimowością” – nie do końca rozumiem o co Autorowi chodziło… I ta wielopoziomowość – chodzi o ilość poziomów (leveli)?

(…) Gry (…) dają duże możliwości zwiększania sprawności psychomotorycznych, być może także rozwoju myślenia strategicznego, istnieją jednak również dowody na wzrost przemocy wśród dzieci korzystających z gier o charakterze agresywnym.

Już się powoli Autor rozkręca, ale zobaczycie co będzie dalej :). Bo przecież fakt, że nie ma jednoznacznych dowodów (co Autor zauważa zdanie wcześniej), nie oznacza, że nie można gry pognębić, nie?

Większość gier {to znaczy ile?} jest konstruowana w oparciu o scenariusze pełne przemocy, obecne w świecie {??}.

Uwielbiam uogólnienia, nie ma nic lepszego w artykułach naukowych – „większość psychologów i pedagogów nie nadaje się do wykonywania swojego zawodu” – czyż to nie to samo?

Nie wiem też o co chodzi z tą „obecnością w świecie”. Ktoś ma jakiś pomysł?

Do Polski pierwsze gry komputerowe dotarły pod koniec lat osiemdziesiątych (…).

Od razu widać jaki Autor ma poziom wiedzy o opisywanym przez siebie temacie. Dla informacji – pierwsza polska gra komputerowa – „Marienbad” – powstała w 1962 roku. Więc jednak wcześniej dotarły. Tylko Autor o tym nie wie, albo zapomniał, bo to by nie pasowało do tezy.

(…) Co jakiś czas media informują opinię publiczną o tragicznych skutkach zbytniej fascynacji grami komputerowymi.

Przecież nie mogli jeszcze informować o pewnej poetce, a trochę już nudne byłoby pisanie o pewnym austriackim malarzu…

Pewnego dnia młody chłopiec w zadziwiająco okrutny sposób zamordował swojego kolegę – poinformowały media. Bez powodu, ot tak, po prostu. Młody zabójca podczas przesłuchania nie wyrażał żadnej skruchy. Zapytany, dlaczego zabił, odpowiedział: „Bo chciałem zrobić tak, jak w grze Mortal Kombat.”

Czyli co? Najpierw go stłukł a potem wrzucił w wielki wentylator? Albo wyrwał kręgosłup? Swoją drogą, co oczywiście nie jest żadnym zaskoczeniem, nigdzie w Sieci nie znalazłem informacji o takim zdarzeniu. Poza innymi stronami, gdzie inni autorzy powołoją się na niniejszy tekst, oczywiście. Co mnie nie dziwi, Autor nie podał też żadnego źródła, więc równie dobrze mogło się owo zdarzenie narodzić w jego głowie. Za to plus za poprawne podanie nazwy, przynajmniej tyle.

Dzieci wychowane na grach komputerowych {Na grach komputerowych, tak zostałem wychowany ♫♫} są narażone na wypaczenie podstawowych wartości moralnych, pomieszania tego, co dobre z tym, co złe (…) (dobrem jest wszystko to, co powoduje skuteczny efekt, nawet morderstwo, rzucenie magicznego przekleństwa) (…).

Okeeej… Gram od dziewiątego roku życia i jedyne co zauważyłem to niechęć do chodzenia na imprezy. Czy coś strasznie ze mną nie tak ? :(

(Młody człowiek – dop. MY) Wpada w wtedy w wir świata bez większych zasad, bez wytchnienia i zastanowienia angażuje się w nierzeczywisty świat gry komputerowej (po śmierci na komputerowym ekranie zawsze jest możliwość skorzystania z kolejnego życia lub bohatera).

A o wczytaniu zapisanego stanu gry Autor nie słyszał? Bo gdzie w takim np. Gothicu jest „drugie życie” albo „kolejny bohater”?

I tak niemoralność, pogarda dla drugiego człowieka, prawo silniejszego stopniowo wpisują się w normy świata, w którym żyją młodzi ludzie.

Czy Autor wciąż pisze o grach? Interesujące, bo znowu wychodzi na to, że przed elektroniczną rozrywką nie było znęcania się nad słabszymi (prawo silniejszego) ani wojen… (zob. MSS)

Dalej Autor zajął się grą „Carmageddon”. Oto efekty:

(W drugiej części – dop. MY) Spotęgowano agresję i przemoc. Jest to gra o zabijaniu przechodniów, ich prześladowaniu {?} na otwartej przestrzeni i w wąskich uliczkach, w domach towarowych i na parkingach. Gracz dostaje punkty za mordowanie przechodniów. (…) Zabijanie ma bawić i śmieszyć.

Niby jest ok., ale ile jest takich gier? Bardzo mało. „Carmageddon” jest bardzo dobrym przykładem, ale to tak, jakby całą kinematografię oceniać na podstawie „Piły”. Niby można, ale czy to ma sens?

Dalej Autor pisze w podobnym tonie o „Postalu” i „Bloodzie”, więc to pominę.

Teraz będzie nieco o RPG-ach:

(…) Gry RPG tworzą świat o tak wysokim stopniu realności, że odnotowano akty samobójstw i morderstw powodowanych faktem nieumiejętności rozdzielenia rzeczywistości świata od fikcji toczącej się gry.


Przykłady? Phi.. Dalej jest o zabójcach od D&D, więc chyba to jest koronny dowód dla Autora. W takim razie ja jestem Bezimiennym Inkwizytorem, Smoczym Dziecięciem (już napisanie tego „tytułu” budzi trwogę!) Mrocznym Mesjaszem, Łowcą, Magiem, Druidem, Szamanem (od niedawna też Łowcą Demonów)… z Rivii (przy okazji – w komentarzach pochwalcie się swoimi „tytułami” :D). A jak ktoś nie umie odróżnić fikcji od rzeczywistości to powinien być diagnozowany przez psychologów. Choć istnieje obawa, że wówczas kogoś zabije :).

Według przeprowadzonych badań dzieci często bawiące się grami „agresywnymi” są bardziej napięte emocjonalnie, napastliwe, wulgarne {o kur…ka wodna!}, obojętne na dobro. Takie granie „na niby”, gdzie niszczy się, zabija, torturuje, jest bardzo niebezpieczne, prowadzi do zachowań aspołecznych, a często psychopatycznych.

Nie no, ładnie Autor wrzucił paręset milionów ludzi (i bardzo dużo gier) do jednego wora. W dodatku tylko dwoma zdaniami! WOW!

Wielu młodych komputerowców zatraciło w sobie takie cechy jak: „czułość, cierpliwość {chyba Autor nigdy nie czekał aż mu się coś zainstaluje/wczyta…}, delikatność, troska o drugiego człowieka, szacunek wobec życia i śmierci. Wychowani są przecież przez komputer, który nie zna takich pojęć.

Bo jest maszyną? Zresztą, zna – żadnego z tych wyrazów mi nie podkreślił mój Word 2003, więc na 100% je zna ;). Dodatkowo – skoro komputer wychowuje, to co robią rodzice, a? Czemu Autor (zresztą nie tylko ten) o nich milczy?

Wirtualna rzeczywistość oferuje im przynajmniej kilka „żyć” {dajcie coś ciężkiego}, siłę, krew i emocje.

Tia, szczególnie takie gry jak FIFA, Need for Speed, Rollercoaster Tycoon…

Prawo silniejszego staje się jedynym prawem i normą.

Już o tym pisałem, nie będę się powtarzać.

Świat magii i okultyzmu pozwala kultywować autoreligie {czyli modlenie się do samochodów?}, tajemne misteria {czy to nie jest masło maślane?}, a poprzez to obcować z pewną formą „wirtualnego sacrum”!

Jeśli dobrze rozumiem, fakt istnienia Innosa w Gothicach oznacza, że ktoś będzie w niego wierzył i go wyznawał? No, skoro istnieje Jediizm to cóż… popaprańców wszędzie pełno :P.

Rodzice {hura! Jednak te mistyczno-tajemne istoty istnieją!} winni uświadomić sobie, że zbyt długie i częste niekontrolowane kontakty z komputerem mogą grozić uzależnieniem charakteryzującym się następującymi objawami: dzieco symuluje naukę i pod pozorem, że musi się czegoś nauczyć, bawi się komputerem; unika typowych zabaw z rówieśnikami {np. w wojnę, komandosów, zbijaka (traf jak najwięcej kolegów/koleżanek i wygraj mecz dla swojej drużyny! To dopiero zło!) – wpisujcie inne ZŁE zabawy :P!}, wybiera tylko tych, którzy mają komputer i z którymi może o tym porozmawiać.

Hmm… „- Mam komputer. – Super, kumplu. Porozmawiajmy o tym.” Swoją drogą - co złego jest w szukaniu znajomych o takich samych zainteresowaniach? Czy fakt, że osoby, które uwielbiają np. piłkę nożną, trzymają się razem jest złe? Tyle pytań a odpowiedzi nie ma…

(…) I tak przyszło nam żyć w czasach, kiedy kilkunastoletnie dzieci chcąc poszukać wiadomości na jakiś temat, nie czują już potrzeby pytania rodziców, bowiem siadają do komputera i łączą się z Internetem. (…)

To się nazywa postęp. Zresztą – czym się różni zajrzenie do słownika lub encyklopedii od sprawdzenia w Internecie? Rodzice też nie muszą wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Aż przypomniał mi się stary dowcip (żarty znalezione w Sieci na moim blogu – tego jeszcze nie było :P):

Jasiu pyta się ojca:
- Tato, ile kilometrów ma Nil?
- Nie wiem.
- A kto to był Jan Henryk Dąbrowski?
- Nie wiem.
- A stolicą jakiego państwa jest Madryt?
- Jasiu, nie męcz tatusia - prosi matka.
- Nie stresuj dziecka, kochanie. Jak się nie będzie pytał, to niczego się nie dowie.

Na koniec jeszcze notka o Autorze:

Pedagog, autor publikacji dotyczących zagrożeń młodzieży ze strony sekt i grup psychomanipulacyjnych.

Nie ma jak właściwy człowiek na właściwym miejscu :).


Do zobaczenia za tydzień :).

sobota, 10 września 2016

Legiunia!

Nareszcie, stało się. Nie wiem co z tego wyjdzie, ale miliony ludzi czekali na to od długiego czasu. W tym i ja. Napięcie sięgało zenitu, ale udało się. Już jest.

Nowy dodatek – Legion – wyszedł całkiem niedawno i, przyznam, gdy Blizzard go zapowiedział byłem mocno sceptyczny (o czym kiedyś wspominałem), szczególnie ze względu na broń artefaktyczną. Nadal się obawiam, że to zepsują…

…ale potem przyszedł pre-Legion patch i, choć pełen obaw, wróciłem chwilowo do Azeroth. I mi się spodobało! Atak Płonącego Legionu na świat i związane z tym aktywności przypadły mi do gustu tak mocno, że zrobiłem je na dwóch postaciach. Oraz jedną zdobyłem 100 poziom.

Kiedy wyszedł pełnoprawny Legion nie mogłem pograć w dniu launchu, ale nie żałuję (kolejka na Silvermoon wciąż jest bardzo długa, a co musiało dziać się wtedy? :D). Jednakże, kiedy już mi się udało, bardzo szybko (aż zbyt szybko, szczerze pisząc) zdobyłem 110 poziom. Póki co tylko moim mainem – BM Hunterem Markusem (w kolejce stoi jeszcze Szaman i Magini, ale to „kiedyś” :P). I choć muszę przyznać, że ziemie Broken Isles są mocno zróżnicowane to questy praktycznie robią się same. Serio, te 10 poziomów przeszło niewiadomo kiedy.

Zawiódł mnie, niestety, mój Class Hole [skreślić] Class Order Hall, czyli Trueshot Lodge. Widziałem też paladyńskie Sanctum of Light i podoba mi się dużo bardziej. Ma swój klimacik, nie to, co kawałek lasu wśród gór…

Przy okazji przyznam, że choć bardzo nie lubię „aplikacji towarzyszących” (po beznadziejnej do Assassin’s Creed Unity) to Blizzardowski Companion App pozytywnie mnie zaskoczył. Przynajmniej nie musze już włączać całego kompa, by wysłać misje. A z telefonu i tak korzystam, więc nie ma problemu.

Jest jednak dla mnie jeszcze zbyt wcześnie, by wystawiać ocenę WoW Legion. Jest z całą pewnością lepszym dodatkiem niż Miss of Pandaria i Warlords of Draenor, ale nie jest idealnie.


A Wy – gracie? Jeśli tak, to co sądzicie?

sobota, 3 września 2016

Pokemon Paszoł!

Pierwszy po wakacjach wpis zacznę od tematu, który przez cały okres laby przewijał się przez media branżowe i mainstreamowe – Pokemon GO!.

Mam wrażenie, że nieco wyolbrzymiono sukces tej gry. Fakt, idąc przez miasta, w którym spędzałem wakacje widziałem tłumy nastolatków i osób w moim wieku z nosami w telefonach szukających Pikachu, Abry czy innego Charmandera, ale mam wrażenie, że to czasowa moda.

Potwierdza to tekst, który niedawno czytałem (wybaczcie, nie pamiętam gdzie), że graczy coraz bardziej ubywa. W sumie nic dziwnego – czas odpoczynku minął, a nabijanie kilometrów na jajkach (z których może wykluć się kot… to znaczy Meowth, co jest fenomenem w biologii) nie działa w autobusach komunikacji miejskiej ani w samochodach.

Skąd to wiem? Bo sam grałem, z dziennikarskiej ciekawości. Przy okazji przekonałem się, że obok mojego domu jest Gym – na tyle daleko, by dzieciarnia nie wystawała mi pod oknami. Ja jednak za cel postawiłem sobie złapać ich jak najwięcej, by wypełnić Pokedex (obecnie mam ich 44…), szczególnie, gdy zobaczyłem jak silni są przeciwnicy w Gymie (stan na moment pisania tego tekstu, czyli piątkowe popołudnie 02.09.2016 – Pidget CP 866, Flareon CP 1078, Vaporeon CP 1395, gdy mój najsilniejszy Pokemon to Pidgeot CP 655).

Jednakże, tak sobie pomyślałem, gdy podczas gruntownego sprzątania w pokoju znalazłem swoje „Tazosy” – motyla noga, to przecież aplikacja dla osób takich, jak ja, czyli tych, którzy przeżyli fenomen Pokemonów jeszcze w dzieciństwie, żyliśmy nimi itd. Ba, złapałem się nawet na tym, że po obrysie potrafiłem rozpoznać co to za Pokemon (kłania się Pan od tych wpisów. Może lepiej, że tego nie dożył?).

Choć współczesna forma zbierania Pokemonów wydaje się o wiele lepsza – zamiast żreć chipsy trzeba chodzić. Szkoda tylko, że aplikacja nie zalicza mi poprawnie kilometrów :/.


Cóż mogę powiedzieć na zakończenie? Chyba pójdę po prostu się przejść, dla zdrowia :).

A Wy - graliście? :)

sobota, 2 lipca 2016

Głupota na wakacje

W ostatnim przed wakacjami wpisie postanowiłem zająć się dwoma niezbyt długimi artykułami zamieszonymi na stronie „Edukacji medialnej”.

Wszystkie cytaty są kopiowane – żadnej ingerencji z mojej strony (poza formatowaniem :D). Gotowi?

Na rozgrzewkę - Maria Braun-Gałkowska „Gry komputerowe apsychika dziecka” datowany na listopad 2008 roku:

Oddziaływanie telewizji na psychikę dzieci jest ostatnio przedmiotem licznych konferencji, wypowiedzi specjalistów i publikacji prasowych. Pewne, choć niewystarczające, próby działania podejmuje w tej sprawie także Krajowa Rada ds. Radiofonii i Telewizji. Jednocześnie problem oddziaływania gier komputerowych jest jeszcze prawie nieznany, a ich treść, rozpowszechnianie, reklamowanie i tym podobne zagadnienia stanowią ziemię niczyją. Jak się wydaje, żadna instytucja nie czuje się kompetentna do kierowania tymi sprawami ani odpowiedzialna za to, co się w tym zakresie dzieje, a w każdym razie żadne takie działanie jest widoczne.

Ten fragment niby nie jest głupi, ale w 2008 roku PEGI istniało już w Polsce (choć dopiero od 2009 oficjalnie). Ale o tym przecież nie warto pisać (powtórzę się, ale MSS ;)).

Literatura, a także wizyta w dowolnym punkcie sprzedaży gier pokazują, że treścią około 95% gier jest agresja.

No, skoro jest literatura to chyba problem jest już „znany”. Tylko biorą się za niego partacze ;). Wątpię też, by było to 95% - w każdym razie nie aż tyle.

Zabawa polega na walce z różnymi istotami - ludźmi, zwierzętami lub ze stworzeniami fantastycznymi. Do walki używa się rozmaitego typu uzbrojenia: dzid, rewolwerów, pił tarczowych, maczug, broni laserowej. Gry są tak skonstruowane, że w polu widzenia uczestnika znajdują się przeciwnicy, a także jego ręka z bronią, np. rewolwerem, widłami. W zależności od możliwości technicznych sprzętu i rodzaju gry, animacja jest zróżnicowana - od prostej, jak w filmach rysunkowych, do realistycznej z udziałem aktorów włącznie. W takim przypadku możliwe jest włączenie różnorodnych dodatkowych opcji, na przykład pozwalających na ponowne obejrzenie zabitego przeciwnika z różnych punktów widzenia, spojrzenie mu w oczy, podeptanie zwłok nogami i zostawienie krwawych śladów przy odchodzeniu od ofiary. Seans uzupełnia odpowiednio dobrany dźwięk: muzyka, krzyki, jęki, odgłosy wybuchów itp.

Ten seans mnie trochę rozbawił, nie wiem jak Was ;). Te dodatkowe opcje też są ciekawe, bo nigdy nie widziałem takich opcji – co najwyżej możliwość wyłączenia gore. Ale teza > fakty :D.

W kształtowaniu zachowań dziecka, prócz podawania wzorów i ich naśladowania, duże znaczenie ma trening, czyli powtarzanie samodzielnie wykonywanych zachowań. Na skutek wielokrotnego powtarzania jakiejś czynności staje się ona łatwiejsza, jest wykonywana bardziej sprawnie, niemal automatycznie. Przy korzystaniu z telewizji, trening ogranicza się do wielokrotnego oglądania podobnych obrazów. W grach komputerowych gracz sam dokonuje czynów agresji. Mimo że jest to agresja symulowana, a nie dokonywana w rzeczywistości, gracz oswaja się z nią i nabiera w niej wprawy. Żeby grać i wygrywać, musi się identyfikować z agresorem, czyli osobą dokonującą czynów przemocy.

Dobra, to ile powinienem mieć trupów na koncie, jeśli gram od 1999 roku, a jedną z moich  pierwszych gier był Soldier of Fortune (demo)? Miliard wystarczy, droga Autorko? J

Wielokrotnie też zarządzałem całymi imperiami – czy to oznacza, że moje zdolności przywódcze są wysokie? Przecież trenowałem tyle w Tropico i Total Warach…

Przemoc przejawiana w grach nie jest karana, ale przeciwnie - nagradzana punktami, poczuciem sukcesu. Często jest usprawiedliwiana tym, że walka toczy się w "słusznej sprawie", chociaż są i takie gry, w których uczestnik może wybierać, czy będzie walczyć po stronie dobra, czy zła. W tym ostatnim przypadku musi dochodzić do identyfikacji ze "złymi mocami".

Punkty… Grrr! Reszta tego fragmentu była już wałkowana w innych postach, ale zastanawia mnie ostatnie zdanie. Czy to, że Gothic 3 przeszedłem kiedyś dla orków (kto mnie właśnie znienawidził – przyznać się? :D) oznacza, że się z nimi identyfikuję? Hmm…

Ponieważ jak dotąd nie było w Polsce badań nad skutkami oddziaływania gier komputerowych na psychikę dzieci, ich przeprowadzenie było szczególnie ważne. Poniżej przedstawię pokrótce wyniki badań na ten temat, które przeprowadziłam wraz z zespołem współpracowników. Badania te nie odpowiadają, oczywiście, na wszystkie nasuwające się - w związku z omawianym problemem - pytania, jednak ich rezultaty potwierdzają jego znaczenie.

Czyżby Autorka nie czytała książek Iwony Ulfik-Jaworskiej? Interesujące, zważywszy, że była współautorką jednej z nich.

Celem badań było stwierdzenie, czy dzieci korzystające z "agresywnych" gier komputerowych, różnią się - w stosunku do dzieci takich gier nie używających - pod względem agresywności i wrażliwości moralnej.

Teraz się wszyscy skupmy – czas na rzetelne badania naukowe J. Najpierw krótko o samym badaniu:

Przypuszczaliśmy, że ponieważ stwierdzono już wpływ oglądania obrazów agresji w telewizji na wzrost agresywności dzieci, to podobny będzie wpływ takich scen oglądanych w grze komputerowej. Ponieważ jednak korzystające z gier komputerowych dziecko jest nie tylko widzem, ale i sprawcą oglądanej przemocy, więc częste powtarzanie tego zachowania będzie nie tylko wpływać na wzrost jego agresywności, ale także obniżać jego wrażliwość moralną, czyli uwrażliwienie na dobro i zło.
Badaniami objęto chłopców (ponieważ częściej niż dziewczynki zajmują się grami) w wieku 12-15 lat. Zbadano dwie grupy: pierwsza - "komputerowa" - składała się z chłopców zajmujących się grami komputerowymi o agresywnej treści co najmniej przez 10 godzin w tygodniu, druga - "niekomputerowa" - obejmowała chłopców nie mających w domu komputera i nie grających w gry.
Grupy do badań wyodrębniono za pomocą specjalnie skonstruowanego wywiadu, a badania przeprowadzono z użyciem testów psychologicznych. Wyniki badań wykazały, że rezultaty uzyskane przez chłopców z porównywanych grup we wszystkich użytych metodach różniły się między sobą w sposób statystycznie istotny.

Przydałyby się jakieś werble – o są :D:



Chłopcy "komputerowi" okazali się bardziej agresywni i dotyczyło to zarówno wyniku ogólnego, jak i wszystkich wskaźników testu, a mianowicie: napastliwości fizycznej i słownej oraz napastliwości pośredniej, negatywizmu, podejrzliwości, wrażliwości i drażliwości. Charakteryzowali się też większym napięciem emocjonalnym i mniejszym uwrażliwieniem na dobro i zło. Można więc powiedzieć, że dzieci poświęcające dużo czasu na "agresywne" gry komputerowe cechują się większą agresywnością, natomiast ich wrażliwość moralna jest niższa.

Chyba nie spodziewaliście się szczegółowych wyników – pfff… Amatorzy z was, nie znacie się na badaniach naukowych. Tak wyglądają prawdziwe badania, a nie tam jakieś procenty czy konkretne przykłady obu stron. A podawanie takich bzdetów jak ilość badanych, miejsce i czas przeprowadzania badań itp. jest dla mięczaków i amatorów.

Odnośnie samych wyników chyba nie ma zaskoczenia, nie?

Przez wrażliwość moralną rozumie się zdolność do reagowania na przejawy dobra i zła w konkretnych sytuacjach, dostrzeganie dobra i zła oraz umiejętności oceniania zachowań z moralnego punktu widzenia. Istnieją różne stopnie wrażliwości moralnej. Prawdopodobnie wielokrotne dokonywanie czynów agresywnych bez poczucia winy za nie - gdyż wykonywane są na niby - powoduje zatarcie granic między dobrem a złem i przez to zmniejszenie wrażliwości moralnej.

Ach, no tak. Przecież wszyscy wiedzą, że gry są winne całemu złu świata – przed nimi nie było wojen, bójek ani innych takich plugastw. Patrz MSS :D.

Czas na drugi artykuł – „Wojna o dusze” autorstwa Przemysława Pucha z 2010 roku.

Przemysł gier komputerowych przełamuje kolejne tabu. Ociekające krwią produkcje już spowszedniały. Przyszedł więc czas na szokowanie scenariuszem.

Zaczyna Autor w stylu Hitchcocka.

W ostatnich latach nastąpił nieprawdopodobny rozwój przemysłu gier wideo. Dzięki doskonałym technicznie platformom trzeciej generacji, odtwarzającym rzeczywistość tak wiernie jak telewizja, kilkaset milionów osób na całym świecie oddaje się codziennie wędrówkom po wirtualnych zaświatach.

Za… zaświatach? Erm…

Nie jest to jednak niewinna rozrywka. Gra toczy się o duszę gracza. Niemające żadnych zahamowań koncerny odkryły, że mogą dobrze zarobić na promowaniu zła. Szybko i łatwo angażuje ono bowiem emocje gracza, a bez nich żadna produkcja odnieść sukcesu nie może. Samo epatowanie przemocą już jednak nieco spowszedniało. Teraz terenem walki stał się scenariusz, którego zadaniem jest uczenie gracza „prawdziwej”, stojącej w sprzeczności z oficjalnie głoszoną, historii świata. Społeczne konsekwencje obu procederów są coraz bardziej opłakane. Co chwilę opinia publiczna poruszana jest przypadkami ataku młodych ludzi na szkoły czy zadawaniem śmierci najbliższym.

A co ma działanie zwyrodnialców do scenariuszy? I co z filmami, serialami i książkami, w których już od dawna pokazuje się alternatywną rzeczywistość?

Odnośnie ostatniego zdania – opinia publiczna jest sztucznie poruszana historyjkami jak to morderca grał w gry i zaczął zabijać. Wszystkie inne kwestie są z góry pomijane (vide Erfurt). Autor dołącza do tego „zacnego grona”, które całe zło widzi tylko w grach, świadomie przemilczając inne, o wiele ważniejsze, kwestie (np. brak wychowania, problemy psychiczne itp.)

W toku śledztwa okazuje się często, że sprawca był namiętnym fanem sieciowych „strzelanek” i próbował sprawdzić w realu, czy prawdziwa rzeczywistość jest równie „ciekawa” jak ta wirtualna. Całkiem niedawno francuska opinia publiczna zbulwersowana została informacją o ataku, jakiego dokonał 20-letni Francuz Julien Barreaux. Nie mógł znieść porażki w internetowej grze „Counter-Strike”. Wytropił i zaatakował nożem swojego wirtualnego przeciwnika. Ofiara cudem przeżyła. Ostrze noża tylko o kilka centymetrów ominęło serce. Konsekwencje duchowe są równie opłakane. – Trudno nie zauważyć, że gry mogą mieć ogromny udział w postępującej, szczególnie na zachodzie Europy, laicyzacji – uważa ks. Radosław Broniek z Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach. Warto dodać, że wiele tego typu produkcji ociera się o satanizm.

To już nawet nie jest głupota… Brakuje mi słów, by obwiniać gry za laicyzację Europy. Co będzie kolejne? Gdzie dowody?

(…) Gry to w dużej części wysokobudżetowe symulatory dewiacyjnych lub przynajmniej dwuznacznych moralnie zachowań, dzięki którym gracz może się wcielić w seryjnego mordercę – mściciela, ćwiartującego „z lubością” zwłoki swoich przeciwników („Hitman”, „Kane&Lynch”), czy rosyjskiego bandziora niepotrafiącego nic poza zabijaniem i kradzieżą („Grand Theft Auto 4”).

O, to gry dzielą się tylko na dwa gatunki od dzisiaj :D. Myślę też, że nazwanie Niko Bellica Rosjaninem jest rasizmem – przecież jest Serbem. Ciekawe czy Autor byłby zadowolono, gdybym go nazwał np. Ukraińcem czy Czechem (bez urazy). Bo czemu nie?

Nie jestem pewny K&L, ale gdzie w Hitmanie dało się ćwiartować zwłoki? Czyżby Autor dotarł do jakiejś ukrytej lokacji, nieznanej graczom?

Przed kolejnym fragmentem chciałbym pozdrowić Drangira – pamiętasz naszą kłótnię w komentarzach o AC II? :D Jeśli ktoś nie wie, to tu jest link .

W najnowszej produkcji paryskiego studia Ubisoft {paryskiego? Czy raczej francuskiego? Niby niewielka różnica, ale jednak. Pomijam już, że tu akurat chodzi o kanadyjską filię…} głównym celem gracza jest zamordowanie papieża. Cała opowieść rozgrywa się w czasach renesansu. Realia epoki zostały oddane z niezwykłą, graniczącą z perfekcjonizmem, starannością. Po kilkudziesięciu minutach pozostawania w tym otoczeniu gracz odczuwa je wszystkimi zmysłami. Zapomina, gdzie jest naprawdę i wchodzi w materię „elektronicznej rzeczywistości”, chłonąc przy okazji, jak sucha gąbka wodę, scenariusz.

To źle? Czy Autor ogląda tylko filmy, w których nie da się wyczuć klimatu?

A ten, mimo zapewnień producenta, że gra została stworzona przez „wielokulturowy zespół wyznający różne wierzenia i religie”, jest czystej wody antychrześcijańskim manifestem. Opiera się na kilku elementach historycznej prawdy, całym szeregu półprawd oraz setkach megabajtów prymitywnych uproszczeń skierowanych przeciwko Kościołowi. Osobą, w którą wciela się grający, jest niejaki Ezio Auditore Da Firenze {„da” jest określeniem miejsca urodzenia (por. Zbyszko z Bogdańca), nie częścią nazwiska! Powinien być pisany małą literą!}. Jest on członkiem, istniejącej w historii naprawdę, tajemniczej sekty Asasynów, wyznającej zasadę „cel uświęca środki”. Przez całą „elektroniczną opowieść”, obliczaną na ok. 20–22 godziny, toczy on zaciętą walkę przeciwko zakonowi templariuszy, eliminując kolejnych jego przedstawicieli, oskarżanych o całe zło, jakie ma miejsce w świecie. Wreszcie dociera do samego papieża Aleksandra VI, Rodriga de Borgii. Ostatnim zadaniem bohatera jest zabicie tego najwyższego dostojnika Kościoła katolickiego w scenerii doskonale zrekonstruowanej Bazyliki św. Piotra.

Nie wiem czy Autor zna historię, ale Aleksander VI nie był przykładem cnót papieskich. Liczne romanse, bękarty i morderstwa (głównie polityczne) oraz kupienie sobie głosów kardynalskich. Ale jeśli Autor lubi takie postaci, to czas beatyfikować papieża Stefana VI ;).

Dodatkowo – Zakon Templariuszy jest różnie przedstawiany w rozmaitych fikcjach. Czemu w grach ma być inaczej? Ubisoft zwyczajnie bazuje na rozmaitych teoriach spiskowych. Autorowi polecam zagrać najpierw w część pierwszą – może wówczas zrozumie scenariusz?

Jeszcze jedno – Autor podejrzanie dobrze zna treść gry. Czyżby był jak ci rozmaici panowie, którzy katują się pornosami? Podziękujmy temu Panu za poświęcenie w komentarzach :).

Dalej jest o MW2, ale się nie wypowiem, bo nie znam gry – jak przeczytacie to dajcie znać :).

Częściową winę za pozostawienie obszaru gier wideo w rękach osób pozbawionych skrupułów i wyczucia moralnego ponoszą same środowiska chrześcijańskie. Nie znalazło się bowiem dotąd zbyt wielu twórców przyznających się do takiej inspiracji, którzy stworzyliby grę wideo angażującą emocje na podobnym poziomie, ale niestojącą przeciwko nakazom Ewangelii. Nie musiałaby to koniecznie być opowieść traktująca bezpośrednio o epizodach z Pisma Świętego. Wystarczyłoby stworzenie historii, w której dobro jest nagradzane, a zło – ostatecznie przegrywa.

Chwila, chwila! Czyżby pokonanie Diabła w Diablo było… ach, zły przykład. Może Catechumen (polecam obejrzenie filmu Youtubera NRGeeka o tej grze)?

Ok, to może niech Autor napisze na czym miałaby polegać porażka zła? Może ktoś z Was ma jakiś pomysł i przedstawi go w komentarzu? J

Mój pomysł (wymyślony „na szybko”): gracz kieruje Dobrą Dziewczynką. Jej siostra jest Zła. Zadaniem gracza jest opluć większą ilość osób. W nagrodę za to matka łoi skórę tej Złej.


Kończąc, życzę Wam gorących i udanych wakacji AD 2016! Do zobaczenia we wrześniu :D.

Za wcześnie?

 Znacie już moje zdanie o starych grach wydanych w „wersji HD” . Ostatnio jednak naszła mnie inna myśl – a co z grami „early access”? Czy na...