sobota, 25 czerwca 2016

E3 AD 2016

Dzisiaj będzie krótko, ponieważ na tegorocznych targach nie było zbyt wiele gier dla mnie. Zacznę od mojego największego oczekiwania.

Mafia 3 wydaje mi się najciekawszą grą, która wyjdzie jeszcze w tym roku. Wprawdzie niepokoi mnie, że główny bohater przypomina z wyglądu Franklina z GTA 5 (ale na sterydach :P), ale sam koncept zdobywania wpływów jest bardzo ciekawy. Do tego Vito Scaletta (któremu pewnie będę dawał największe wpływy :D) i ciekawe miasto do zwiedzenia. Oby sama gra nie okazała się tylko „przyzwoitą”, jak druga część cyklu.

Drugą grą, na którą czekam, jest Mount and Blade 2. Jestem fanem serii, nie grałem tylko w Ogniem i Mieczem, więc rozbudowane oblężenia zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Mam nadzieję (bo nie widziałem jeszcze takiej informacji), że, podobnie jak w Warband, będę mógł stworzyć i zarządzać własnym królestwem. Obawiam się też, że gra wyjdzie dopiero w 2017…

Trzecią grą, o której musze wspomnieć, jest Gwint. Nie wiem czy stanie w szranki z Hearthstonem (którego porzuciłem wieki temu), ale po rozegraniu wielu partii w grze i w rzeczywistości (ze znajomym) liczę na przyzwoitą karciankę z rozbudowanym trybem dla „samotników”.

Z kolei mam mieszane uczucia co do Battlefield 1. O ile teatr działań – I Wojna Światowa – jest bardzo ciekawy, tak obawiam się, że ponownie DICE postawi na tryb multi, czyli nie dla mnie. A szkoda. Dodatkowo efekt popsuła zapowiedź wydania kampanii francuskiej – czyli w sumie jednej z najważniejszych w Wielkiej Wojnie - w DLC. Pewnie słono płatnym, znając EA (vide DLC do Inkwizycji :O).


A Wy jakie macie odczucia po E3? Piszcie w komentarzach J.

sobota, 18 czerwca 2016

Nikt się nie spodziewał…


Czekając na „Krew i wino” postanowiłem zapoznać się z inną znaną gra RPG. Wybór padł na trzecią część serii „Dragon Age”, czyli „Inkwizycję”.


Jako, że nie grałem w poprzedniczki (choć na Originie mam Początek – trochę w niego pograłem, ale nigdy nie skończyłem) nie mam możliwości powiedzieć czy to najlepsza część czy najgorsza (jak sugerują niektórzy internauci).

Przepraszam za brak screenów ;).

O jednej takiej, co miała znamię

Na samym początku gra pozwoliła mi na wybór klasy i rasy postaci. Do wyboru z tych pierwszych jest Wojownik, Łotrzyk i Mag, a z drugich – człowiek, elf, krasnolud i qunari Jako, że uwielbiam walkę na dystans, wybór szybko padł na Łotrzyka-Łucznika. A jak łucznik – to tylko elf. No, a dla mnie „długouchy” musi być płci żeńskiej. Dlatego będę w tekście używał tytułu „Inkwizytorka” (zresztą, z tego, co wiem, według lore bohaterką jest kobieta człowiek łotrzyk).

Po długim czasie tworzenia (kreator jest całkiem przyjemny) rozpocząłem grę blondwłosą i zielonooką Dalijką (elfką) o ciut zbyt dużym nosie. Wygląd można później poprawić dzięki jednemu z darmowych DLC, ale nie widziałem takiej potrzeby.

Ogromnym plusem wyboru elfa było gorsze traktowanie mnie przez ludzi (jakaś szlachcianka nazwała lady Gvaellię Levellan „królikiem”!) i mogłem wykazać, że jestem lepszy od krótkouchów ;). Ech, jak mi tego brakowało w Skyrim…

Podobnie, jak w Początku, na eksplorację całkiem sporego świata zabieramy trzy osoby do drużyny. Na początek wybór towarzyszy jest ograniczony, ale później ich liczba się powiększa.

Choć w moim przypadku 3/4 czasu gry spędziłem w tym samym ustawieniu „święta trójca”, czyli tank (wojownik z tarczą), dps (ja+wojowniczka z dwuręczną bronią) i healer (mag), z tymi samymi towarzyszami. Innych zabierałem tylko, gdy wykonywałem ich questy (ogólnie nazwane „Wewnętrzny krąg”) lub chciałem sprawdzić jak sobie poradzą.

Nie jestem do końca przekonany do ograniczenia ilości umiejętności na pasku do ośmiu. Cóż, nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że co poziom dostaje się punkt do atrybutów – kończąc grę na 21 lvl miałem dwie niewykorzystane umiejętności, bo inaczej nie mógłbym się dostać do umiejętności pasywnych. 

Inkwizytorując 

Jak sam tytuł wskazuje, Inkwizytorka przewodzi Inkwizycji. Możemy więc kierować poczynaniami naszej organizacji (w pewnym stopniu, oczywiście) z pomocą doradców – dowódcy wojsk Cullena „Kędziorka”, szpiegmistrzyni Leliany oraz dyplomatki Józefiny. Zarządzanie odbywa się poprzez stół narad w sali narad. Możemy stamtąd rozwijać Inkwizycję przy pomocy „Profitów” oraz wysyłać swoich ludzi (nakazując to doradcom) na operacje. Pomysł przypomina wysyłanie misji z garnizonu w WoW. Tyle, że to nie MMO i nie ma abonamentu. A i garnizon… to znaczy twierdza dużo ładniejsza.

Ogromną wadą są za to czasy trwania tych operacji – od kilku minut do kilkunastu godzin! Najdłuższa zajęła moim ludziom 21 godzin! To lekka przesada, moim zdaniem. Dlaczego w grze singleplayer mam czekać cały dzień aż moi ludzie skądś wrócą? Powinno to zajmować maksymalnie 2, góra 3, godziny. Totalny bezsens.

Wspomniałem o Profitach. Te dzielą się na cztery… „drzewka” (?) umiejętności. Wojsko, Tajemnice, Znajomości i Inkwizycję. Tak naprawdę opłaca się rozwijać po trochu każdego [spoiler!](i zacząć od Tajemnic, by móc dowolnym Łotrzykiem otwierać wszystkie zamki).

Władanie Inkwizycją to także polityka. Można więc zjednywać sobie nowych przyjaciół czy rozbijać mariaże między rodami. A także werbować agentów i wybrać między Magami a Templariuszami w ramach wątku głównego. Inkwizytorka Levellan wydała także kilka wyroków (w tym na trupa – i to nie przez błąd w grze :D). Zwieńczeniem był bal u Cesarzowej Orlais, na którym też trzeba było pouprawiać trochę polityki.

Dodatkowo pojawiła się możliwość rozbudowania głównej twierdzy i zdobycia trzech pomniejszych. A także wybór draperii, okien, łóżka, wystroju i tronu (na którym siada się bardzo rzadko, a szkoda). Czyli wszystko to, co lubię w grach. 

„Koryfagas”

Naszym głównym antagonistą jest Koryfeusz (ilekroć się pojawiał nazywałem go „paskudną mordą”), który chce zostać bogiem czy coś tam (trochę się w pewnym momencie pogubiłem…). Nieważne, grunt, że to jego ma powstrzymać Inkwizycja.
Oczywiście, najpierw trzeba mu rozbić armię i zrobić mnóstwo zadań, by wreszcie drania ubić. W przypadku lady Levellan, Koryfeusz miał do dyspozycji armię Czerwonych Templariuszy.

Muszę przyznać, że walka z nim była nudna i całkiem przewidywalna. Nie spodziewałem się fajerwerków, ale już moim zdaniem Eredin z Wiedźmina 3 był lepszy. Trochę się zawiodłem, szczególnie, że walka z jednym z jego podwładnych była o tyle ciekawa, że mogłem się do niej przygotować (aż mi się banan na twarzy pojawił, jak [spoiler] zniszczyłem mu tę bajerancką zbroję jedną opcją dialogową).

Dźwiękuję

Ku mojemu zadowoleniu, DAI nie doczekało się polskiego dubbingu. Dzięki temu mogłem posłuchać oryginalnych angielskich głosów. I dobrze.

Angielski Józefiny i innych Orlaisiańczyków (tak to się odmienia?) z charakterystycznym francuskim akcentem sprawił, że chciałem im dać bagietkę i żabie udka. Bardzo dobrze wypadły też głosy innych postaci, choć mam zarzut do twórców napisów (nie wiem czy tylko w polskiej wersji tak jest)  – pieśni bardki (nota bene – genialne!) mają zepsute napisy – albo się nie pojawiają albo są mocno opóźnione. Nie wiem jak było w oryginale, ale te utwory nie są na tyle szybkie, by nie nadążać z napisami:



Tło muzyczne mi się podobało bo go nie dostrzegałem. Czyli pasowało do gry, więc plus.

Ty idioto!

Okrzyk ze śródtytułu bardzo często towarzyszył mi w czasie rozgrywki. Niestety, nasi towarzysze niekiedy zachowują się idiotycznie.

Pamiętam, jak w czasie walki zauważyłem, że moja drużyna strasznie ginie, ale tank miał pełne życie. Jak się na niego przełączyłem to się okazało, że ten kretyn zatrzymał się nad drabiną i kontemplował nad sensem jej istnienia. Co gorsze/lepsze (trudno określić) po zmianie postaci reszta teleportowała się do niego w tajemniczy sposób. Przeciwnicy zaś grzecznie poczekali aż wrócę w pełnym składzie.

Towarzyszący mi NPCe potrafili także olać tłukącego mnie wroga. Nie wiem czemu – z rozkazu przerwania walki korzystałem bardzo rzadko. Ot, uznawali, że sobie poradzę. Pół biedy, jeśli był to jeden ćwok. Ale jak oblazło mnie trzech? Dobrze, że szybko wyczułem łucznika i potrafiłem uciec.

Inna dziwna postać pojawiła się w twierdzy Inkwizycji. Była to strażniczka stojąca na murach, która z uporem maniaka próbowała wyjść z twierdzy... czy raczej wyskoczyć! Na szczęście postawiona tam była jakaś niewidzialna ściana, bo inaczej miałbym samobójczynię wśród swoich.

Przeciwnicy też czasem zachowują się jak idioci. Niekiedy stoją jak kołki, gdy ich kumple giną, innym razem biegają w kółko. Jednak miałem wrażenie, że ogólnie zachowują się dość sensownie – atakując najpierw mnie. Takie życie Inkwizytorki.

You have my sword. And my… ???

Jak wspomniałem na początku grałem Łuczniczką. Niestety, gra strasznie nie lubi mojej klasy i nowe uzbrojenie otrzymywałem bardzo rzadko.

Rozumiem, że moich kompanów też muszę uzbroić, ale mi też przydałby się nowy łuk i zbroja. A tu co? Albo niepasująca zbroja albo za słaba. W pewnym momencie miałem tonę lekkich i ciężkich zbroi a średnich zero.

To samo z bronią – nowy łuk zdobywałem najczęściej gdy udało mi się go stworzyć (swoja drogą – crafting jest nieźle przemyślany i można nazywać swoje uzbrojenie, podobnie jak w Skyrim). W przeciwnym razie ganiałem z jakimś „śmieciem” w porównaniu z bronią moich towarzyszy. I to niby ma być Inkwizytorka, która uratuje świat? Niby czym? Ten aspekt mnie mocno zawiódł.

Z uzbrojeniem wiąże się w Inkwizycji także inny aspekt – ulepszanie go. Prawie każdy przedmiot ma gniazda do ulepszeń – w przypadku zbroi są to nogawice i rękawice, a przy broni zależy to od typu – mój łuk miał tylko jedno takie miejsce – na uchwyt. Ulepszenia można znaleźć, stworzyć lub wyjąć ze znalezionych przedmiotów. Dodatkowo każda broń ma miejsce na runę, której nie da się usunąć nie niszcząc jej.

Podsumowanie

Właściwie nie wiem jaka ocena byłaby najsprawiedliwsza. Grało mi się świetnie (Geralt musiał stać cierpliwie w kolejce, z Krwią i Winem, aż skończę), podobały mi się wybory i ogólny klimat bycia Inkwizytorką. Z drugiej strony błędy irytowały i gra na każdym kroku pokazywała „to tylko zabawa!”. I ten totalnie zbędny widok taktyczny (serio – czemu on służy?). Dlatego uważam, że najsprawiedliwszą oceną będzie 4+/6.

Fanatycy Początku mogą wystawić swoją ocenę ;).

Zapraszam do komentowania ;).

sobota, 11 czerwca 2016

Nie ma jak w domu

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bowiem kwestia, którą chce poruszyć sama w sobie jest niezbyt wielka. Mianowicie, jest pewien element w grach, który uwielbiam, choć ludzie piszą, że to „dla gupich Amerykanów”.

Housing, bo o nim mowa, jest dla mnie jednym z ciekawszych aspektów współczesnych gier. I nie mam tu na myśli Simsów (kiedyś próbowałem… to nie dla mnie), lecz RPGi.

Możliwość zdobycia miejsca, które mój bohater nazwie domem jest dla mnie bardzo ważną częścią wczuwania się. O ile jednak taki Geralt nie potrzebował stałego „meldunku” (choć winnica wygląda obiecująco i czekam aż wreszcie dobiję do niej), tak już zarabiający krocie Dovahkiin mieszkający w jakiejś karczmie wywoływał u mnie efekt „ale dlaczego?”.

I tym sposobem polubiłem zarówno podstawowe domy w Skyrim (i Oblivion), jak również możliwość rozbudowy z Hearthfire i rozmaitych modów. Ja to po prostu uwielbiam!

Dlatego, gdy zobaczyłem domek i możliwości jakie daje w WildStar szybko przekonałem się do tego MMORPGa. Niestety, odstraszył mnie system walki, ale wciąż lekko mnie ciągnie do zabawy z ustawianiem wirtualnych mebli i czego tam.

Z drugiej strony medalu jest World of Warcraft i niesławne garnizony z Warlords of Draenor. Cóż, o ile sam koncept bardzo mi się spodobał, tak już wykonanie było beznadziejne. No bez jaj – nie ma tam nawet miejsca, by dowódca garnizonu (czyli ja) położył się spać! Po całym dniu walki z jakimiś brudasami nie mam nawet miejsca do spania! Serio, Blizzardzie?

Wracając do zwykłych RPG-ów – bardzo spodobała mi się Podniebna Twierdza w Dragon Age Inkwizycja (recenzja za tydzień :D), którą nie dość, że mogłem lekko rozbudować, to jeszcze dostosowywać. Dla mnie żyć-nie umierać :D.


A Wy co sądzicie o housingu w grach – to dobry pomysł czy beznadziejny zapychacz? I jaki był Wasz ulubiony dom w grach? Mój to, póki co (nie widziałem jeszcze winnicy z Wiedźmina 3 :P), wspomniana wyżej twierdza.

sobota, 28 maja 2016

Looting time!

Chyba wszyscy grający w RPG-i to znają – zaglądanie do każdej skrzyni w polu widzenia (byle nie strażników czy właściciela :D), przeszukiwanie pokonanych wrogów, zbieranie wszystkich kamieni, ziółek itd.

Tak, uprawianie zbieractwa vel chomikowanie jest silne podczas rozgrywki. Setki przeczytanych (lub nie) listów, książek, zwojów, tysiące roślinek i kamyczków, te tajemnicze „cosie”, które przecież mogą się przydać… to wszystko znajduje się w ekwipunku chyba każdej postaci RPG tuż przed finałowym bossem.

Jest to całkowicie naturalne. Dlatego pamiętam, że przeżyłem lekki szok, gdy po ograniu trzech części Gothica zasiadłem do Obliviona. A tam – „Jesteś przeciążony!”. „Ale jak to?” – pomyślałem wówczas. Szok był spory, ale minął, gdy odkryłem magię „TGM” (pozdro dla kumatych, czyli pewnie większości z Was :P).

I tutaj nasuwa mi się pewna myśl – skoro gracze uwielbiają zbierać w grze przedmioty, których i tak nigdy nie użyją (ręka do góry kto miał mnóstwo mutagenów w trzecim „Wiedźminie” J) to dlaczego ograniczać im ekwipunek? Cóż, nie znam odpowiedzi – chyba po to, żeby pokazać graczom „hola! Geralt/Dovahiin/Inkwizytor/wpisz kogolowiek nie jest tragarzem (ani nie przechodzi z tragarzami)! Pozbądź się tej Stalowej Zbroi ważącej 100 i zwolnij trochę ekwipunku ty egoistyczny…”. Z drugiej strony – obecnie niemal w każdym RPG-u znajdziemy skrzynię (czy cokolwiek innego) na nasze dobra.

A nie oszukujmy się – do tych skrzyń wszystko wpada, ale bardzo rzadko cokolwiek zostaje później wyjęte. Serio – jeśli mam 17 poziom, a broń/zbroja są na 19 to po co mam to gdzieś zostawiać? A jak w środku ważnej jaskini wbiję ten level to co wtedy, a? Zwykle do tych skrzyń trafia więc fajnie wyglądający/legendarny/z fajną nazwą ekwipunek, ale za słaby dla naszej postaci. Ot, żeby miejsce w ekwipunku się zgadzało.

W MMORPG jest dokładnie tak samo – kiedy odchodziłem z WoW mógłbym przysiąc, że mój main miał w banku więcej klamotów niż powinno się tam mieścić. Podejrzewa, że gdyby ten bank istniał fizycznie to, łącznie z ilością złota, mój Marqus mógłby w nim pływać, jak Sknerus w swoim banku. No, może byłoby to bardziej niebezpieczne J.

Chciałbym zakończyć swój szybki i dość krótki wpis pytaniem – do czego, Waszym zdaniem, potrzebne jest graczom ograniczanie ekwipunku? I czy Wy też tak macie, że musicie to – czymkolwiek to jest - mieć w ekwipunku/skrzyni?


PS. Najprawdopodobniej za tydzień wpisu nie będzie. Wybaczcie J.

sobota, 21 maja 2016

Czas MSM-ów cz.2

Stanley szedł pustą ulicą. Otaczały go zrujnowane pozostałości dawnej świetności tego miasta, choć nie wiedział gdzie jest. Ucieka od wielu dni – odkąd banda Wiedźminów wymordowała całą jego rodzinę i przyjaciół krzycząc coś o utopcach.

Tu było jednak cicho. Znalazł swój azyl. Nikogo tu wprawdzie nie ma – może wszystkich wymordowano? Niemal czuł otaczającą go pustkę budynków.

Początkowo był zdziwiony, że MSM-owie nie zrównali miasta z ziemią, jak czynili na całym świecie od ponad doby. A może mijał już tydzień? Stanley stracił rachubę czasu.

Szedł opuszczona ulicą aż dotarł do zniszczonego budynku. Widniał na nim kawałek szyldu. Stanley przeczytał i tak się przeraził, ze dostał zawału i umarł.

Napis głosił „Detroit”.

Tymczasem, w bazie pod Białym Domem, pełniąca obowiązki prezydenta, sekretarz stanu Monica Lewinsky kończyła klęczeć czytać raport wojskowy. Od momentu rozpoczęcia „Czasu MSM-ów” faktycznie minęło 28 godzin. Informacje nie były dobre – zwyrodniali gracze przejęli już ponad połowę świata. Broniło się tylko kilka ośrodków w Europie. Madagaskar zamkną lotnisko i jest bezpieczny.

Pełniąca obowiązki prezydenta westchnęła. Tylu niewinnych ludzi zabitych. Nigdy nie słyszała o czymś takim jak „ludobójstwo” czy „masakra”. To był pierwszy raz w historii.

W bazie znajdowało się dość jedzenia na sto lat. Została zbudowana z nie do końca znanych przyczyn – w końcu ludzkość nigdy wcześniej nie znała pojęcia „konflikt zbrojny”. No, aż do pojawienia się gier komputerowych.

W sali siedziało dwoje naukowców. Przybyli na wezwanie prezydent Clinton, ale było już za późno. Nie doczekała do końca drugiej kadencji.

Sekretarz stanu spojrzała na zebranych. Zaproszono ponad sto osób – przybyło dwoje. Pani doktor psychologii spychologii psychologii przybyła aż z Polski, czyli spoza Europy, jak sądziła sekretarz. Psycholożka nazywała się Irena Danuta Jotka (używała obu inicjałów imienia) i była autorką książki naukowej „Gry komputerowe tworzą morderców”. Udowodniła w niej, na podstawie obserwacji młodocianych przestępców w Gimnazjum w Kupścikowie Dolnym, że gracze potrafią zapamiętać każdy ruch bohatera. Słyszała od nauczycielki, że ta słyszała od woźnej, że powiedział jej kuzyn, jak jakiś chłopiec wyrwał koledze czaszkę razem z kręgosłupem.

Z kolei drugim przybyłym był Amerykanin – Martin Oron PhD, autor niezliczonych publikacji psychologicznych o negatywnym wpływie gier komputerowych na umysły szczurów. W zeszłym roku dostał też Nobla za odkrycie negatywnych skutków grania w ultranowoczesną grę „Wolfensztajn 3d”. Naturalnie, tekst przepisał od innego naukowca, który spisał go od innego, który spisał od… wszyscy byli dumni z nagrody, warto dodać.

Oboje patrzyli wyczekująco na słowa pani prezydent. Docierały do nich strzępki informacji.

- Szanowni państwo. Sytuacja jest krytyczna. Żałuję, że nikt nie zwracał uwagi na ostrzeżenia.
- Teraz już za późno – powiedział M. Oron. – Był czas na działania. Nie po to spisywałem od kolegów, i dostałem za to Nobla, by teraz gnić w jakieś bazie.
- Tak tak – wtrąciła dr Jotka. – To trąci nekrofilią. Wiem, bo od kogoś to przepisałam. Nie było jakiejś chaty w buszu?

Pełniąca obowiązki odpowiedziała:

- Niestety nie. Gracze wycięli wszystko. Nawet nietkniętą dotąd Amazonię. Wybili też wszystkie zwierzęta – w tym wszystkie tygrysy bengalskie. To okrutne potwory.

Zapadła cisza. Przerwała ją doktor I. D.:

- Jest jeszcze szansa. Musimy się dowiedzieć kto za tym stoi i… - urwała. – I poddać go terapii.
- To dobry pomysł, koleżanko – pochwalił Oron. – Najlepiej w ośrodku odwykowym. To musi być jakiś maniak gier. Takich najlepiej leczyć.
- A jeśli się nie zgodzi? – zapytała niepewnie sekretarz.
- To nic nie da się zrobić – odpowiedziała spokojnie Jotka.

Sekretarz wstała i podeszła do monitora. Satelity jeszcze działają, więc można oglądać co się dzieje.

- Potrzebujemy kogoś, kto nas obroni – powiedziała.
- Jest ktoś taki – rzekł Oron. – Nazywamy go Mega Prof. S. Jonalistą. Pierwszy, Od Którego Wszyscy Spisywali. Pewnie się ukrył. On zna tajemną sztukę walki z MSM-ami.

Pełniąca obowiązku odwróciła się i uśmiechnęła.

- Gdyby tylko był pan prezydentem… - rozmarzyła się. – Ale do rzeczy. Uda się wam go namierzyć?
- To będzie trudne – zaczęła Jotka. – Trzeba będzie go odszukać.

Mimo pesymistycznych słów pani doktor, w sekretarz wstąpiła nadzieja. Nakazała jednemu z żołnierzy:

- Wyślijcie ekspedycję. Jeśli ten Mega Prof. S. Jonalista żyje – znajdziemy go.

W tym samym czasie gracze niszczyli kolejne miejsca. Równali z ziemią i wysadzali. Byli w swoim  żywiole.


Czy ktokolwiek ich powstrzyma?

sobota, 14 maja 2016

My, Patole

Było trochę przerwy, więc myślę, że najwyższy czas na jakiegoś MSM-a. Książka, którą na dziś naszykowałem ma całkiem sporo mądrych treści (np. o uzależnieniach, cyberprzemocy itd.), w tym całkiem niezła krótka historia gier. Do tego, co niebywałe, Autor przedstawia argumenty graczy!

Tylko co z tego? Książka pt. „Patologie komunikowania w Internecie” autorstwa Stanisława Kozaka została opublikowana w 2011 roku. zawiera wprawdzie kilka wspomnianych mądrości, ale stanowią zaledwie procent treści. Reszta nie jest zbyt mądra. Dotyczy to interesującego nas rozdziału: „Niektóre formy patologicznej aktywności dzieci i młodzieży w Internecie”

Gotowi? :) Będzie długo, ostrzegam!

Wiele gier komputerowych to zabawy brutalne, w których krew leje się strumieniami. Na przykład seria Quake I, II i III, w której gracz ma możliwość niszczyć wszystko, co się porusza, pokaźnym arsenałem (…).

No, widzę, ze wreszcie jakiś badacz skupił się na nowych grach. To chyba pierwszy raz, prawda? Wcześniej w rozdziale, wśród strzelanin, pojawiają się też takie nowości jak Duke Nukem 3d czy Mortai Combat. Jest dobrze.

Użytkownik, korzystając z gry komputerowej, nastawia siebie i swoją psychikę na różnego rodzaju bodźce docierające do świadomości lub podświadomości.

Zabawię się w grammar nazi – chyba „wystawia” a nie „nastawia”. Tak mi się przynajmniej wydaje – jest na sali polonista?

Teraz czas  przykładową grę, która uzależnia (zgadniecie tytuł?)

(…) Polega na tym, iż gracz kieruje stworzona przez siebie postacią w wirtualnym świecie. Gra toczy się w Internecie między graczami z całego świata, nie ma kreślonego końca ani scenariusza. Rozwój wydarzeń zależy od osoby grającej oraz od czasu, który zostanie spędzony w cyberprzestrzeni. Jakiś czas temu okazało się, że ta pozornie niewinna gra stała się tragicznym przykładem internetoholizmu wśród młodzieży. Gimnazjalista z Wrocławia dostał ataku furii, gdy jego matka wyłączyła mu komputer, nieświadomie „uśmiercając” przez to jego postać. Krzyczał, miotał się po domu {jak Szatan? :D}, a następnie zaczął rzucać w matkę rzeczami, które miał na swoim biurku. Na koniec zaczął ją bić krzesłem.

Już wiecie co to za gra? Piszcie swoje typy w komentarzach (choć to chyba oczywiste :P).

Co do samego wydarzenia – jeśli rodzic nie potrafi wychować dziecka, pokazując mu co wolno, a czego nie wolno to jest to jego wina. Ponadto, jeśli dzieciak jest uzależniony – co przecież widać po jego zachowaniu – trzeba zabrać go do specjalisty. Innej opcji nie ma.

I nie, to nie przez grę stał się, moim zdaniem, taki, lecz przez brak odpowiedzialności. Choć mogę tylko zgadywać. Ale i tak lepiej zrzucić winę na gry (który już raz to piszę?)

Idźmy dalej – „Przyczyny zachowań patologicznych”:

Gra nie ma końca ani innych przestojów.

Czy nadal chodzi o tę grę powyżej? Czy o wszystkie? Autor tego nie wyjaśnia…

Nasz „bohater” wędruje po wirtualnym świecie i zabija potwory. {ale tak sam z siebie?} Za każde zwycięstwo gracz otrzymuje specjalne punkty, zwane doświadczeniem oraz pieniądze. Dzięki temu nasza wirtualna postać rozwija się, zdobywa nowe umiejętności, otrzymuje dodatkową broń i uzbrojenie. Staje się coraz silniejsza, przez co… {dramatic pause} jeszcze łatwiej może zabijać kolejne potwory, zdobywać kolejne punkty i pieniądze i dalej się rozwijać. Prostota obsługi, przyjemna grafika.

Wszystko ładnie, pięknie, ale czy Autor o TEJ grze, czy o innych też? Bo powyższe może odnosić się do praktycznie każdej.

Przejdźmy dalej – „patologiczne aspekty gier <agresywnych>”:

W zależności od gry i pomysłowości twórców „zabijać można na rożne sposoby”. W bijatykach można zadawać przeciwnikom śmiertelne ciosy w walce wręcz, np. ciosy pięścią w twarz, w brzuch, kopniaki, w głowę, walenie głową o podłogę, łamanie kręgosłupa, wykręcanie głowy o 180°.

No, ok, niech Autorowi będzie. Problem w tym, że tego typu bijatyki, choć popularne, to zaledwie kilka procent wszystkich gier.

Na przykład w grze Carmageddon {odhaczamy kolejny tytuł z listy „standardowych tytułów, na które trzeba się powołać w pracy naukowej o grach"} gracz dostaje punkty oraz uzyskuje przedłużenie czasu gry za rozjeżdżanie przechodniów – kobiet, starców i dzieci.
Cóż, nie przypominam sobie w Carmageddonie ani dzieci ani starców. Ale grałem tylko w dwójkę i TDR'a, więc może się nie znam?

Zachowanie rannych i umierających przeciwników przedstawione są bardzo naturalistyczne, np. postać zastrzelona z przeraźliwym krzykiem rozpada się na części {???}, bryzgając dookoła strumieniami krwi, czasami ciałami zastrzelonych wstrząsają śmiertelne konwulsje.

Czy ktoś kojarzy taką grę, ale nową (Quake, DOOM, SoF itd. odpadają)? Bo ja tak nie bardzo (ale ja tam niewykształcony jestem :D).

(…) W grach komputerowych obok obrazu bardzo ważne są też efekty dźwiękowe, które potęgują przeżywanie przez graczy emocje, ponieważ nadają obrazom więcej realizmu. Oto fragmenty recenzji: „bardzo realistyczne są odgłosy łamanych kości”, „odgłosy, co tu mówić, trzeba po prostu usłyszeć {odkrywcze, prawda? :D}”. „Warkot karabinów maszynowych, odgłosy ginących żołnierzy, syk miotaczy płomieni, nawet chrzęst gniecionych kości pod gąsienicami czołgu”. Recenzje tych gier są porażające!

Nie bardziej niż treść tej książki :D. Ale wiecie co jest najzabawniejsze? Absolutny brak przypisów! Ot, Autor napisał parę zdań i nie da się określić czy są prawdziwe czy istnieją tylko w głowie Autora. (Żeby nie było – w innych częściach książki są normalne przypisy).

Cytowane fragmenty recenzji gier komputerowych u człowieka z normalna wrażliwością musza budzić niepokój. Jednak nie samo istnienie gier zawierających przemoc jest niepokojące, bardziej przerażający jest fakt, że wcielanie się w sadystycznych morderców w grach komputerowych jest dla niektórych dzieci ulubiona zabawą.

Dla mnie najbardziej przerażające jest, że badacze (przynajmniej spora ich część) postawili sobie za punkt honoru dokopać „tym złym grom”. To dopiero jest „patologia”.

Najwyższy czas na „Niebezpieczne treści w grach komputerowych”:

(…)W grach komputerowych, poza wspomniana już wyżej przemocą, istnieją jeszcze inne treści zagrażające prawidłowemu rozwojowi dzieci. Jest to m.in. obecność w wielu grach obrazów i animacji erotycznych i pornograficznych. Są one zwykle dodatkiem do gry lub nagrodą za przejście do następnego etapu {?}. Ale istnieją też gry erotyczne oraz pornograficzne oparte na zasadach „komputerowej randki”, a nawet strategie ekonomiczne, polegające na rozwijaniu biznesu pornograficznego.

Hmm… te ostatnie to pewnie Larry i Lula. Ok, niech będzie. Ero-nagrody kojarzą mi  się jedynie z „Wedźminem” i grami BioWare. Ktoś ma jeszcze jakiś inny pomysł?

Dalej jest nieco o satanizmie (DOOM, Quake, Heretic, Hexen, Diablo), ale to już takie nudne.

Najwyższa pora na lody… nieee, na ostatni punkt wpisu „Agresja w grach komputerowych”:

Coraz częściej zauważamy u dzieci i młodzieży zachowania agresywne. Z aktami przemocy możemy spotkać się na co dzień w szkole i poza nią. (…)

Pragnę zauważyć, że, o czym już pisałem w MSS, przed grami komputerowymi wszyscy byli grzeczni i mili dla bliźnich.

Na koniec  - mądre zdanie (żeby nie było ;)):

(…) Myślę, że można by uniknąć złego wpływu gier komputerowych na psychikę dziecka, gdyby rodzice zainteresowali się, w co ich pociechy grają.

I to by było na tyle.

PS. Co sądzicie o tym, że wpisy typu „MSM” pojawiają się rzadziej? Piszcie w komentarzach .
PS2. "Złoty MSM" wędruje do tego pana :D

sobota, 7 maja 2016

Para w ruch

Wymieniona w tytule wpisu książka stanowi kontynuację przygód…

No, nie o tym dzisiaj będę pisał. Książki jeszcze nie skończyłem... Dzisiejszy wpis będzie dotyczył innej „Pary”, czyli znanego wszystkim STEAMa. Choć właściwie może odnosić się do wszystkich podobnych tworów (np. GOG Galaxy, UPlay, Origin itd.).

Pomysł przyszedł mi do głowy podczas czytania komentarzy pod newsem o nowym numerze CDA. Co miesiąc czytam praktycznie to samo – marudzenie, że pełniak jest/nie jest na STEAM/UPlay itd.

Postanowiłem więc spisać wszystkie za i przeciw takich platform i Was też proszę o pisanie w komentarzach własnych propozycji. (Porobiłem nawet kolorki (weee!) – podoba się Wam? J)

Za:

+ Wszystkie gry w jednym miejscu
+ Brak konieczności posiadani płyty do instalacji
+ Automatyczne aktualizacje
+ Możliwość wyboru języka z poziomu platformy
+ Warsztaty z modami
+ spoiler – to też mógł być powód :D


Przeciw:

- Konieczność posiadania połączenia z Internetem
- Czas trwania instalacji
- Automatyczne aktualizacje (upierdliwe)
- RAMożerność
- Wszystkie gry w jednym miejscu – możliwość ich utracenia
- Podatność na włamania i utraty konta
- Słaby customer sernice (szczególnie STEAM)


Ciekawe co z tego wyniknie – w chwili pisania znalazłem więcej przeciw niż za – interesujące…

Za wcześnie?

 Znacie już moje zdanie o starych grach wydanych w „wersji HD” . Ostatnio jednak naszła mnie inna myśl – a co z grami „early access”? Czy na...