sobota, 16 kwietnia 2016

Czas MSM-ów cz.1

 (Przedsłowie: dajcie znać w komentarzach czy pisać kolejne części :P)

Tajemnicza postać poruszała się wąskimi uliczkami pewnego miasta. Jej tempo było wręcz nieludzkie – jakby napędzał ją jakiś tajemniczy motor (choć lepiej nie wnikać, gdzie się znajdował).

Postać nagle skręciła. Nawet najbardziej wyszkolony pies gończy nie wiedziałby co się stało. Ja jednak, jako narrator, wiem to doskonale.

Zakapturzony, jak będę go nazywał, zapadł się pod ziemię – i to dosłownie. W miejscu, gdzie to zrobił, pod powierzchnią, znajduje się bowiem tajna kryjówka pewnej organizacji. Fakt, jest to zaledwie trzy metry na cztery, ale zawsze kryjówka.

Na Zakapturzonego czekały już dwie inne istoty. Czy były ludźmi? Trudno powiedzieć. Unosiły się lekko nad ziemią. Szeptały między sobą jakimś nieznanym językiem. Kiedy jednak trzecia postać zbliżyła się, dwie pozostałe wyprostowały się. Jedna z nich przemówiła cicho do reszty:

„Oto nadszedł czas. Czas, by wyjść z cienia.”

Nie wiadomo kto miał wyjść i czemu siedział w cieniu jak oszołom. Postacie jednak wiedziały, co trzeba zrobić. Spojrzały w dół. Na podłodze, pośrodku pokoju, znajdowało się Coś ważnego. Coś, co na zawsze miało odmienić losy całego znanego świata.

Postacie, jakby sterowane jakąś nadnaturalną siłą, jednocześnie stanęły na Cosiu.

I wtedy się zaczęło…

Spokojną noc lub dzień (zależy, w którym miejscu na świecie akurat się było) na ulicę zaczęły wylewać się fale ludzi. Ale czy to naprawdę byli ludzie? Dziwnie ubrani, śmierdzący, narcystyczni i grubi. Z mordem w oczach.

To byli ONI.

Niebezpieczni, bezwzględni, krwiożerczy. Przebrani za Paladynów, Komandosów, Piłkarzy, Smurfy, Wróżki, a nawet Myszkę Miki. Gotowi, by siać zamęt tam, gdzie im się wskaże...
Od dziecka szykowano ich do tego, co właśnie nastąpiło. Uczeni, by siać zamęt i zniszczenie. Wytrenowani w zabijaniu i nekrofilii™. Od urodzenia grali w przepełnione przemocą gry, jak FIFA, uczyli się zabijania w symulatorach ciężarówek i bezlitosnego niszczenia w przygodówkach. By dopełnić mroczne szkolenie w satanistycznych rytuałach oglądali niebezpieczne programy dla dzieci, choćby Gumisie czy Smurfy.

W ten sposób ZŁO osiągnęło nowy poziom. Niepowstrzymana siła milionów istot tak demonicznych, że sam Lucyfer już dawno uciekł z piekła.

Trzech mrocznych mężczyzn przyglądało się wszystkiemu przez Cosia. Tak, spełniła się ich obietnica.


Naszedł Czas MSM-ów!

sobota, 9 kwietnia 2016

Wiedźmin 3: Dziki Gon – recenzja obiektywna

Uwaga! Recenzowany produkt zawiera treści nieodpowiednie dla osób, które jeszcze nie ukończyły osiemnastego roku życia. Historia w nim przedstawiona jest fikcją. Redakcja „Kącika Yody” nie popiera działań pojawiających się w czasie rozgrywki.

Gra Wiedźmin 3: Dziki Gon została stworzona przez studio CD Projekt Red i należy do gatunku TPP/Action. Produkt posiada grafikę oraz ścieżkę dźwiękową. Bohaterem jest Geralt z Rivii. W produkcie występują inne postacie. Gra posiada wątek fabularny oraz misje poboczne. Jest dostępna w polskiej wersji językowej – w pudełku i cyfrowo.

Gracz może pograć w wirtualnego gwinta. Pojawia się krew, nagość i przemoc. W grze pojawiają się miecze, kusze i zbroje.


Na zakończenie warto przypomnieć, że nie wolno stosować w rzeczywistości żadnego z zauważonych w grze czynów zabronionych.

sobota, 2 kwietnia 2016

Wszystkiego najlepszego – deprawatorzy!

Dokładnie wczoraj „CD-Action” świętowało swoje 20 urodziny. Z tej okazji postanowiłem stworzyć specjalny wpis w całości poświęconej magazynowi.

A jaki jest lepszy niż msm? Dokładnie tak – znalazłem książkę naukową pt. „Słowa Style Metody” pod red. Haliny Pelcowej i Marii Wojtak (2012), a konkretniej rozdział „Językowe  przejawy agresji w recenzjach gier komputerowych” autorstwa Bożeny Rejakowej.

Ogólnie mam mieszane uczucia – w zasadzie powinienem dopisać tag MoG, ponieważ nie wszystko jest tutaj „mądre” a faktycznie mądre. Ale z tego zrezygnowałem :).

Wszelkie kursywy i pogrubienia pochodzą z książki. Ortografia i interpunkcja, tradycyjnie, została w oryginale. Niestety nie chciało mi się szukać, więc nie sprawdziłem poprawności cytatów (jak ktoś ma CDA pod ręką, w nawiasach są numery)

Wiem, że bardziej adekwatne i zabawne byłyby komentarze Smugglera, ale muszą Wam wystarczyć moje :P.

UWAGA – niektóre cytaty będę dość długie, żeby nie straciły sensu!

Gotowi?

Gry komputerowe są dla wielu odbiorców popularną formą rozrywki. (…) Istnieją gry, o których Iwona Ulfik-Jaworska pisze, że budzą niepokój ze względu na zawarte w nich niebezpieczne treści i silne przesycenie przemocą. Socjolodzy, psycholodzy, pedagodzy ostrzegają przed wysokim ryzykiem zachowań kryminalnych i podsycaniem agresji, przekonują, że jest o wiele groźniejsza od dostarczanej przez telewizję.

Już to wszystko znamy, ale chciałem przytoczyć ten fragment, bo jest bardzo ważny – pokazuje podejście Autorki do tematu. Poza dr Ulfik-Jaworską nie padają żadne nazwiska – tylko ogólniki. Jakież to typowe, prawda?

W czasopismach „CD – Action”, „Gamestar”, „Gry Komputerowe”, Komputer – Świat Gry” pojawiają się określenia: realistyczne sceny przemocy (C (czyli CDA – dop. MY), 5/ 2002) (…) odnoszące się do działań wyrachowanych, obliczonych na pokonanie przeciwnika i osiągnięcie zamierzonego celu. Są podobne do występujących w rzeczywistości lub sprawiają wrażenie, że mogłyby w niej wystąpić.

Tu niby nie ma się czego przyczepić, ale mam lekkie wrażenie, że Autorka traktuje czytelnika, jak kogoś niezbyt rozgarniętego.

(…) Czytelnika oswaja się z inwektywami jako przejawami agresji, również z opisami rożnych form agresji i drastycznymi zdjęciami {?}, na podstawie których można się zorientować, o jakim gatunku mowa.

Jak czytam CDA (od 2000) nigdy nie widziałem nieocenzurowanego gwiazdkami przekleństwa. Zdjęć z drastycznymi scenami też nie pamiętam. A może chodzi o inne pismo? Trudno powiedzieć.

W tym miejscu dodam, że Autorka brała pod uwagę numery CDA z lat 1998-2008.

I, oczywiście, musiała zamieścić swoje widzenie gatunków gier:

TPP/ACTION; STRATEGIA/SIM; AKCJA/FPS/NITROFAMILY {???}; ACTION FPP itd.

Niby ok, przyczepić się mogę jedynie Sim przy strategii i zastanawiającym NITROFAMILY. Widać, że Autorka nie wiedziała o czym pisze, bo taki gatunek zwyczajnie nie istnieje (za to istniała gra Nitro Family  – ale to był FPS!).

Teraz będzie nieco o graczach:

Fachowca w dziedzinie gier komputerowych powinno się poznawać po tym, jak wytyka wady i docenia zalety testowanego przez siebie produktu. (…) Zwraca uwagę na kretyński poziom trudności itd. Nie tylko do agresji słownej mogą go skłonić usterki techniczne: muzyczka, jaka rzęzi z głośników, po prostu zmusza do rypnięcia z pięchy {sic!} w głośnik (C, 8/2004). Jego emocje powinny udzielić się czytelnikowi, zanim zdoła przystąpić do gry: motywy muzyczne skutecznie budują nastrój grozy […] jeśli grasz w słuchawkach narażasz się na zawał serca. Poważnie!(C, 9/2004) (…).

Widać, że Autorka uważa graczy za osoby, które bez najmniejszego zastanowienia niszczą swój sprzęt. Powiedzcie – z ręką na sercu – ilu z Was zniszczyło sobie głośnik, bo muzyka w grze była wkurzająca?  Mi się to nigdy nie zdarzyło.

Dodatkowo nie bardzo rozumiem co to ma wspólnego z tytułem rozdziału, ale niech będzie.

Wyładowanie niezadowolenia (gniewu), okazywanie wrogiej postawy wobec wirtualnego przeciwnika odbywa się przy użyciu etykietek deprecjonujących, np. sporo tu buraków psujących zabawę {czy tu chodziło o wrogów?} (C, 6/2003): cepy stoją na baczność i gapią się durnowato, podczas gdy koło ich uszu przelatują skmm,erie z broni maszynowej(C, 5/2004); arsenał wystarczy do wygarbowania skóry wszystkim niemilcom (C, 5/2004).

Tutaj jedynie pierwszy cytat mi nie pasuje – IMO chodziło o błędy, nie o przeciwników. I te „skmm,erie” nie wiem czym są…

Z entuzjazmem opowiada (recenzent – dop. MY) o miejscach, gdzie nawet naukowiec kulom się nie kłania (C, 1/2008), odbywa się mordowanie niewinnych kobiet, brutalne przesłuchanie jeńców wojennych i seksualne wykorzystania kobiet (C, 11/2004) (…).

Nie bardzo wiem o jakie gry może chodzić. Ktoś coś?

Przy okazji, w przypisie, Autorka zauważa, że:

Rzadko w artykułach recenzujących gry natrafiamy na teksty ostrzegające przed przemocą. W jednym z nich czytamy „Z uwagi na sporą ilość juchy oraz drastycznych scen (skalpowanie! grę polecamy pełnoletnim lub ostatecznie bliskim pełnoletniości graczom” (CDA, 1/2006).

Z tego, co pamiętam, takie teksty pojawiały się przy większości ultrabrutalnych produkcji (na 100% były przy Manhunt i Postal). Ale spierał się nie będę.

Pod pozorem, że mowa jest tylko o grze, czytelnikowi – potencjalnemu graczowi wpaja się, że przeciwnikowi nie należy okazywać współczucia, lecz trzeba go: bezlitośnie eliminować (C, 1/2006); zaciukać(C, 4/2004); odbierać życie bez wahania(C, 1/2005); wykańczać niemiłosiernie i niezwykle efektownie (C, 4/2004),  wziąć udział w masowej eksterminacji bez bagażu moralnego i emocjonalnego (C, 2/2002); spokojnie wytłuc (C, 5/2000); rozwalić od ręki (C, 2/2000).

Cały czas mam wrażenie, że cytaty zostały dobrane specjalnie. Bo wciąż nie bardzo mam się czego czepić. Poza tendencyjnym doborem.

(…) Zatrzymane w kadrze sceny przemocy, skutki tortur itd. pozwalają przyjrzeć się bliżej zmasakrowanej twarzy, o której ktoś napisał „żartobliwie”, że wygląda jak pizza, człowiekowi ociekającemu krwią i do złudzenia przypominającemu rzeczywistego, przy czym czytelnik powinien go kojarzyć z groteską, z czarnym humorem, zwłaszcza po tym, jak w podpisie do zdjęcia przeczyta: Tak mi coś właśnie strzeliło do głowy, że mnie nie lubisz… nie? (C, 1/2006).

Nie wiem kto robił podpisy, ale najwyraźniej powinien natychmiast udać się do spychologa! Albo do egzorcysty. Bo, łolaboga, żartuje sobie z wirtualnej śmierci!

Czas na postacie pojawiające się w grach.

(…) Groźni są: marksman – chodzący pluton egzekucyjny (C, 9/2004); (…) Postal – morderca gotowy do najgorszych zbrodni „bo zupa była za słona”{ale to akurat prawda :P} (C. 5/2004). Bezwzględni i przebiegli są żołnierze, wojownicy, postaci z tzw. marginesu społecznego, czyli: gangsterzy, recydywiści, wrogowie ładu i porządku  (C, 5/2000), płatni mordercy, których nazywa się też bandytami (C, 12/1999); bandziorami (C, 12/1999), pospolitymi bandziorami{ciekawe czym się różnią} (C, 5/2007); złoczyńcami(C, 9/2000); śmieciem (C,10/1999); szubrawcami (c, 1/2006), zob. też inne inwektywy (wulgaryzmy i wyrazy obsceniczne), służące etykietowaniu i stygmatyzacji wirtualnego „wroga”: scoorviel(C, 8/2000); skurczysyny (C, 6/2000), dupek (C, 9/2004); menda (C, 1/2001) itd. Czytelnik powinien nabrać pewności, że w ulubionym przez niego czasopiśmie niczego nie owija się w bawełnę, że tu „swój mówi do swego”.

Czekam aż w CDA zamiast wymienionych wyrazów (dalej będzie więcej) na coś kulturalnego. Tylko nie mam pojęcia – jakiego. Może Wy macie jakieś pomysły – piszcie w komentarzach J.

(…) Inwektywy są wzbogacane kolejnymi nominacjami i frazeologizmami, służącymi ustawieniu wroga w pozycji „obcego”, czyli gorszego: kretyn (C, 1/2004), zakuty łeb (C, 2/ 2006), niemilec (C, 8/2000); chętni odbiorcy ołowiu (C, 5/2000); barany pierwszej wody (C, 5/2007). Na takie miano przeciwnicy „zasługują”, bo tylko skończony debil pcha się pod obstrzał (C, 5/2007).

Przyznam, że nie rozumiem dlaczego „obcy” ma oznaczać „gorszy”. Czy Autorka właśnie wykazała agresje słowną wobec „innych”?

Resztę już napisałem o tym w poprzednim akapicie.

Czas na podsumowanie:

Podsumowując, należy podkreślić, że w tekstach recenzji gier komputerowych zawierają się głównie znaki kultury niskiej, które znamionuje niski poziom estetyczny i moralny, widać w nich schlebianie niskim gustom, również pospolitość, obecność wulgaryzmów, prymitywizm, seksizm, zbytnią emocjonalność.

Ciekawe jak Autorka widzi w takim razie „poprawne” recenzje gier? Może jak znajdę trochę czasu (i weny) to sam taką stworzę? J

W analizowanych tekstach (…) iluzja miesza się z rzeczywistością, postaci z gry z postaciami rzeczywistymi, zło spycha dobro w cień {?}, czyni go prawie niewidocznym. Do tak zbudowanego świata, pełnego antywartości, wabi się głównie bardzo młodych odbiorców pism komputerowych, kształtując w nich niewyrobione jeszcze gusta i postawy…

Hmm… trudno pisząc o grach nie odnosić się do postaci wirtualnych i rzeczywistych. Nadal nie wiem jak Autorka chciałaby, żeby wyglądały recenzje gier.

… dlatego sądzą, że językiem i treścią omawianych tu tekstów powinni się interesować nie tylko językoznawcy, psycholodzy, socjolodzy, antropologowie kultury, ale również rodzice i opiekunowie młodych czytelników.

Autorka zapomniała o egzorcystach i Inkwizycji. Co do ostatniego – miło byłoby, żeby rodzice ogólnie interesowali się, co robią ich dzieci.

I tym… a nie, jeszcze jest przypis, w którym poznajemy… nowe czasopismo!

(…) W artykule Graj w gry – będziesz wielki, zamieszczonym w czasopiśmie „Tipsomaniak” (2008), (GAMING), redakcja wyraża oburzenie wobec „samozwańczych ekspertów” dobierających „jedyne słuszne tezy” o szkodliwości gier komputerowych. Ostrej krytyce poddano poglądy prof. ekonomii Agnieszki Szefczyk {sic!}, ujawniającej szkodliwość gier komputerowych, za rzekome uprawianie przez nią pseudonauki „za nasze pieniądze na dużym uniwersytecie”. Redakcja pisma radzi graczom, jak mają się bronić przed ”betonem” rozdmuchującym dramatyczne historie. Oto one: gry rozwijają zainteresowanie, uczą języków obcych, wspomagają naukę, ćwiczą koncentrację, szlifują zdolności przestrzenne, wyostrzają wzrok, uczą myślenia i działania w zespole itd. resztą nie warto się przejmować.




Ponadto, czy nie jest wstyd redakcji „Tipsomaniaka”, że tak ośmieszają wybitną Panią Profesor? Dodatkowo złośliwie przekręcając jej nazwisko na prawdziwe? Ciekawe kiedy antropolodzy, psychologowie, socjologowie i Inkwizycja zainteresują się redakcją „Kącika Yody”. Niech się boi, bo kara będzie sroga.

sobota, 19 marca 2016

Tańczący z Wilkiem i Jaskółką

Wiedźmin, Wiedźmin, Wiedźmin… Cóż, skoro wreszcie udało mi się skończyć „trójkę” z pierwszym dodatkiem to wypadałoby napisać jakąś recenzję.

Do gry CDP Red od początku podszedłem z entuzjazmem. Po średniej „jedynce” (której nigdy nie skończyłem…) i równie średniej „dwójce” (przeszedłem raz) zdecydowałem się na zakup Dzikiego Gonu po uprzednim przeczytaniu kilku książek Andrzeja Sapkowskiego (póki co wymiękłem przy „Chrzcie ognia” (o czym już pisałem).

Niemniej, cyfrowe przygody Geralta tak mnie wciągnęły, że dokupiłem pakiet dodatków. Ale po kolei.

(Wybaczcie brak screenów ;))

Biały Willk, dla…

Musze przyznać, że najbardziej w grze spodobało mi się, że bez problemów odpaliła na moim sprzęcie przed upgrade (zmieniłem kartę graficzną i dorzuciłem RAMu), co nie udało się choćby AC Unity. W dodatku nie wyglądała, wbrew powszechnej (kwejkowej) opinii jak z 8-bitowców. Tu Redom należy się duży plus.

Sama warstwa fabularna nie odbiega wprawdzie od typowo erpegowego „bohater zbawia świat” i książkowego „Geralt, cieciu, szukaj Ciri i Yennefer, bo cośtam”, ale mi się bardzo podobało. Nieuchronna wizja starcia z Dzikim Gonem powodowała, że powoli przechodziłem główny wątek.

I jednocześnie go olewałem, bo wokół było tyle zadań pobocznych, że w pewnym momencie zaczynałem się obawiać co powie Yen, gdy przyjdę tak za miesiąc na spotkanie, które było „na już”.

Szlachtowanie potworów i zarabianie na tym kasy to, moim zdaniem, kwintesencja wiedźmiństwa, a nie jakieś tam ganianie na posyłki dla czarownicy.

Z fabułą związane są trzy zakończenia, przy czym do samego końca nie chciałem sprawdzać, co mam zrobić, by otrzymać konkretne. Ciri została Cesarzową, a Nilfgaard zajął całą północ poza Temerią.

Z Gwinta

W poprzednich częściach gry Wiedźmin raczył nas rozgrywkami w najbardziej RNG grę, jaka istnieje – kościanego pokera. Pamiętam, że wkurzałem się za każdym razem, ale wciąż w to grałem.

W „trójce” pojawił się gwint i od razu mi się bardzo spodobał. Na początku próbowałem czytać poradniki innych graczy, ale dość szybko je sobie odpuściłem, bo zauważyłem, że (SPOILER ALERT!) talia Królestw Północy zrobiona w karty oblężnicze z dowódcą, który daje bonus do tychże kart i max szpiegów to wszystko, czego trzeba do wygrania każdej rozgrywki.

Inna sprawa, że z czasem zauważyłem, że AI bywa głupie w czasie rozgrywki w gwinta. (SPOILER!) Najpierw trzeba nawrzucać mu szpiegów, spasować, on się podda w drugiej turze, a my, mając więcej kart, wygramy bez problemu trzecią. No problem!

Brzdąk, brzdąk, brzdąąąk

Muzyka z Wiedźmina 3… Ach, ilekroć o niej myślę przypomina mi się francuska wersja pieśni Priscilli. Dlaczego francuska? Bo uważam tę wersję za najlepszą spośród wszystkich.

Anna Terpiłowska zaśpiewała ten utwór poprawnie. Nie zrozumcie mnie źle – zwyczajnie jej „fijołkowe” drażni moje uszy. Ale i tak słucham polskiej wersji (do posłuchania poniżej). I angielskiej. I w zasadzie tyle, bo japońska, niemiecka i rosyjska (innych nie słyszałem) kompletnie mi nie pasują.



Co do reszty utworów – podobała mi się ich słowiańskość i drażniła „donatanowość”. Ale mimo wszystko mnie nie irytowała, więc jest plus.

W kwestii audio musze też poruszyć kwestie głosów postaci. Szczęśliwie, po wielu latach oglądania i grania z dubbingiem (ostatnio staram się od tego odzwyczajać, ale IMO głupie jest grać w polską grę po angielsku) nie przeszkadzała mi studyjność niektórych głosów.

Za to Jacka Kopczyńskiego (czy raczej mówiącego jego głosem Jaskra) miałem ochotę ubić pudełkiem z grą za wkurzające ekrany ładowania z bardem gadającym o tym, co się dzieje w głównej fabule. I to jeszcze nie mogę mu przerwać! Niekiedy, chcąc wygrać wreszcie w gwinta z jakąś postacią, musiałem raz po raz słuchać tego jego paplania. Aż wreszcie nie wytrzymałem i zacząłem wyłączać głośniki. Ech…

Kamień na Wilka

Jak już wspomniałem – grę przeszedłem z zainstalowanym pierwszym dodatkiem – „Sercem z kamienia”, więc powinienem o nim wspomnieć. Jest to ten rodzaj płatnego rozszerzenia, które każdy producent powinien sprzedawać (patrz i ucz się Ubisofcie!).

Historia Olgierda von Everec została przedstawiona z pomysłem. Nie będę spoilerował, ale powiem, że zabawa na pewnym weselu dostarczyła mi więcej radochy niż śmiganie powozami po ulicach Londynu.

Wilcze pchły

Wiedźmin 3 ma całkiem sporą ilość błędów. Wprawdzie są sukcesywnie naprawiane, ale wciąż przemknie się kilka.

A to nie mogłem ukończyć zadania pobocznego, bo nie wczytał się skrypt – nagrodę dostałem, ale expa nie. To znowu zniknął gdzieś handlarz (wrócił po wczytaniu save’a). Czasem łódź po przeniesieniu się do „portu” stawała się łodzią podwodną…

Ale najzabawniejszy błąd miałem całkiem niedawno – pod koniec gry. Łatka 1.12.1, ostatni quest, zostało mi dwóch bossów. No, będzie grubo – myślę. Lepiej poczytam taktyki albo przynajmniej zobaczę na co uważać. Uzbrojony w wiedzę ruszam w bój.

O ile finałowy boss spełnił moje oczekiwania, tak przedostatni – nie. Nie wiem czy to był bug (mam nadzieję), ale przeciwnik stał w miejscu i dał się okładać jak Najman, padając po jakiś 30 sekundach (!). Rozumiem, że grałem na „niedzielniaka”/„casuala” na łatwym, ale bez przesady. Byle baba wodna stanowiła większe zagrożenie od „drugiego po Królu Dzikiego Gonu”.

Z błędów warto wspomnieć jeszcze wierzchowca Geralta – czyli Płotkę. Zapewne wiadomo już o co mi chodzi – koń ma tendencje do pojawiania się daleko od bohatera i kwapi się, by szybko do niego podjeść. Dodatkowo nieraz zdarzyło się, że mino moich pogwizdywań Płotka się nie spawnowała. Dziwnie się tez poczułem, gdy za którymś razem mój koń z kasztanowego zmienił kolor na czarny – zupełnie bez jakiejkolwiek przyczyny. Ot, gra postanowiła, że od dzisiaj Płotka będzie wyglądała inaczej.

Z kolei wśród dziwności muszę wspomnieć o kuszy, która na lądzie jest średnio przydatna (nadaje się co najwyżej do ściągnięcia na siebie wrogów), natomiast pod wodą staje się, jak to mówią Niemcy, wunderwaffe (a może to było schmetterling?). Kiedy płynąłem łodzią i cokolwiek mnie atakowało to z nie walczyłem na pokładzie, lecz wskakiwałem do wody i tam używałem kuszy. Było szybciej, łatwiej i przyjemniej.

Powrót na szlak?

Czas zakończyć tę recenzję i wystawić ocenę. „Wiedźmin 3: Dziki Gon” jest grą, która wciąż zgarnia nagrody. Jednocześnie dostarczyła mi wielu godzin zabawy (według licznika w GOG Galaxy – dokładnie 138 godzin i 34 minuty) i z całą pewnością wrócę do przygód Geralta z Rivii gdy tylko wyjdzie drugi dodatek.

Jako, że przyjąłem oceny szkolne miałem nie lada problem. Ostatecznie zdecydowałem, że najbardziej sprawiedliwie jest wystawienie polskiej grze mocnego 5+/6. Jest to bowiem produkcja bardzo dobra, ale drobne błędy powodują, że niewiele, ale jednak, brakuje jej do zostania grą wybitną.



PS. Za tydzień wpisu nie będzie. Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkiej Nocy.

sobota, 12 marca 2016

O czym myślą złe NPCe?

Dzisiaj będzie krótko. Wszyscy gracze znamy ten typ NPCa (ang. hostile) – siedzi sobie taki w jaskini/forcie/kopalni/krzaczorach/gdziekolwiek tylko po to, by zaatakować bohatera i zostać jego workiem treningowym dającym exp (albo go zabić, by po jakimś czasie wrócił i się odegrał).

I tak się zacząłem zastanawiać – przecież atakowanie silniejszego od siebie jest bezsensu w przypadku żyjących z napadania na bezbronnych. O ile jakieś wilki czy inne cieniostwory albo utopce kierują się instynktem, tak nawet najgłupszy ork cieć z najbardziej zapyziałej wiochy powinien coś tam mieć pod hełmem.

Weźmy za przykład taki Skyrim. Wszędzie szaleją smoki, wojna domowa zbiera żniwa, a tu siedzi sobie taki hultaj i wraz z koleżkami napada na innych. Rozumiem – zaatakować jakiegoś kupca czy grupę rannych żołnierzy albo farmera idącego do miasta szukać lepszego życia.

Ale po co atakować legendarnego Dragonborna, który ma uratować tyłki wszystkim, z wymienionymi bandytami włącznie? Jaki interes ma w tym taki bandyta, że zabije ostatnią nadzieję białych, orków i kogo tam jeszcze.

Teraz wyobraźmy to sobie. Jesteśmy bandytą imieniem Joe, który całe swoje życie spędził na napadaniu na innych. Ze swoją banda złupił wielu kupców w całym Tamriel. Pewnego dnia trafił do Skyrim i zaczął napadać wraz z dwoma kompanami na ludzi, ukryty w krzakach.

Jego wyposażenie było mizerne – jakiś łuk, kilka strzał, toporek i zbroja skórzana.

Tak sobie napadają na kupców aż tu nagle na horyzoncie dostrzega Jego. Biegnie ku nim wojownik jakiś – ciężka zbroja, wielki miecz na plecach, cały we krwi. Joe nie był głupi – słyszał w pobliskiej karczmie o legendarnym Dragonbornie, który ma zabić smoki i zbawić cały świat. Joe wiedział, co musi zrobić.

Jednak górę wzięła jego druga komórka mózgowa, więc krzyknął tylko „Do ATAKUUU!”. Zanim zdążył zdjąć łuk z pleców jeden z bandytów leżał już martwy a drugi szybował w powietrzu. Mózg Joe zwariował – został sam na placu boju, a Dragonborn już się zbliżał. Cóż więc robi nasz Joe? Chowa łuk i wyjmuje sztylet.

Po czym pada martwy, bo jego czaszka jednak nie wytrzymuje ciosu dwuręcznego miecza.

Koniec bajki o Joe.

Zastanawia mnie też inna rzecz w Skyrim – po jakimś czasie bandyci w danym miejscu są zastępowani przez nowych, równie tępych. Gdzie oni mają rozum? Niedawno ktoś (w sumie to przecież nie wiedzą kto – może oddział Legionu tam wpadł?) wybił poprzednich „mieszkańców” co do nogi, pozabierał im sprzęt i ogólnie zostawił za sobą pożogę.

A oni co? „Super miejscówka, trupów sporo, ale uprzątniem i będzie cacuś”. Bo przecież skoro byli tam wcześniej bandyci – to i oni mogą tam założyć obóz, nie? Przecież kto by przychodził dwa razy w to samo miejsce?
Ten zarzut dotyczy zresztą wszystkich RPG-ów. Nawet nasza duma narodowa – Wiedźmin 3 – może poszczycić się obecnością bandytów, którzy widząc na swej drodze białowłosego, złotookiego i cholernie zwinnego mężczyznę nie wahają się go zaatakować. Czyżby nigdy nie słyszeli o Rzeźniku z Blaviken?

Tu rozgrzeszam jedynie moment, gdy to my atakujemy miejscówkę przeciwnika (przynajmniej się nie odradzają) i Zakon Płonącej Róży, który ma prawo nas nienawidzić i atakować. Reszta powinna raczej nas unikać…

A Wy – macie jakieś przykłady (najlepiej przerysowane :D) na głupotę wrażych NPC-ów? Podzielcie się nimi w komentarzach :).


Do zobaczenia za tydzień!

sobota, 5 marca 2016

Wyżarty przez Wyżra

Od pewnego czasu gram we wszystko po angielsku, ewentualnie z polskimi napisami. Powód jest prosty i niektórym pewnie znany – polonizacje.

Zwyczajnie za nimi nie przepadam. Oczywiście, nie mówię, że wszystkie są złe (choćby genialny pod tym względem Gothic), ale, niestety, w wielu produkcjach (nie tylko grach) lokalizacja bywa… słaba. Rozumiem, że w Polsce nie wszyscy znają angielski, ale, na miłość boską, czemu nikt nie przysiądzie nad tłumaczeniem?

Ogólnie jestem też zdania, że nie powinno się tłumaczyć nazw własnych (chyba, że jest to absolutnie niezbędne).

Stąd, wiele lat temu, śmiałem się z „szarlotki z malinami” i Kaszalota vel Pajaca (oryg. Kakarotto) z tłumaczenia Dragon Ball Z. Nie wspominając już o Komórczaku, Songo (sic!) czy przezabawnym Szatanie Serduszko.

Teraz, w takim Hearthstone, zawsze najbardziej śmieszy mnie Wyżer (ang. Hogger). Przyznam, że mam problem z odmianą w dopełniaczu - Wyżera czy Wyżra (stawiam na tę drugą opcję, ponieważ jest wyżeł i wyżła)? I, ogólnie, zrozumieniem zamysłu tłumacza spolszczającego imiona postaci.

Równie ciekawie jest przy postaci Uthera Lightbringera. O ile, osobiście, przetłumaczyłbym (jakbym już musiał) go na „Niosącego Światło”, tak tworzący lokalizację postawili na przydomek „Światłodzierżca”. Że co? Przecież to nie ma nic wspólnego z tą postacią. Ale ludzie są gotowi bronić tego tłumaczenia (najbardziej mi się spodobał argument, że „nieść i trzymać (dzierżyć) to synonimy”). Cóż…

Pozostając w temacie HS muszę jeszcze wspomnieć o karcie „Millhouse Manastorm”, której nazwę jakiś geniusz przetłumaczył na (wrażliwi proszę o naszykowanie żołądków) Mełko Gromiłło. Hę?? Skąd ktoś wziął to tłumaczenie? W sumie to nie chcę wiedzieć.

Skoro jednak zacząłem już o tym myśleć, przypomniały mi się inne „kfiatki” tłumaczy. Ot, taki Skyrim. Na początku, w polskiej wersji, jeden ze współtowarzyszy pierwszej podróży mówi lakoniczne do kata (chyba) „będę twoją pierwszą ofiarą”. Tymczasem, w angielskiej wersji mówi do kapłanki: „Oh, for the love of Talos, shut up, and let’s get this over with”. To drugie bardziej pasuje do Stormcloaka (ich polska nazwa też jest taka sobie) niż pierwsze. Szczególnie w takiej sytuacji. Durne jest też przetłumaczenie „Dragonborn” na Smocze Dziecię.

Nie zrozumcie mnie jednak źle – nie winię tłumaczy za ich wkład w wykonaną pracę. Wiem, że niekiedy trzeba przetłumaczyć, bo za to płacą i to jeszcze musi się (niekiedy) zmieścić w wyznaczonym miejscu.

Przy okazji pomyślałem sobie – a może samemu spróbować tłumaczyć w ten sposób? Dołączycie do mnie? :) Piszcie w komentarzach, może jakaś firma nas zatrudni :D.

Tłumaczyć można wszystko – imiona, nazwiska, tytuły, nazwy miejsc (także tych rzeczywistych). Oto moje propozycje (w kolejności według wpadania do głowy):

Nordmar - Północno
Nordmarian – Północnik
Gorn – Grześ
Milten – Miłosz
Król Rhobar II – Król Robert II
Xardas – Xaweryks
Vatras - Wodzian
Los Angeles – Aniołowo
Los Santos – Świębodzin
Trevor Philips – Teodor Filipski
Michael de Santa – Michał Świętowski
Franklin Clinton – Franciszek Klinton
Skyrim – Niebakant
Age of Empires – Cesarski wiek
Cities: Skylines – Miasta: Linie Nieba
Hearthstone – Kamienne Serce
Grand Theft Auto – Wielkie Kradziejstwo Automobilu
Heroes of Might and Magic – Bohaterowie Mocni i Magiczni
Jeremy Clarkson – Jeremiasz Klakson
Richard Hammond – Ryszard Chamowski
James May – Jakub Maj
James Bond – Jakub Więź
Barack Obama – Bartłomiej Obamowski
Vegeta – Warzyw
Beerus – Piwnik
Whis – Łysy
Don Vito Corleone – Pan Witold Rdzelewski
Risen – Podróż
Battlefield – Pole Walki
Call of Duty – Wezwanie do wojska
Star Wars – Wojny gwiazdy
Batman – Nietoperzowiec
Spiderman – Pajęczarski
Homer Simpson – Homer Samsonowicz
Ezio Auditore – Edward Auditore
Stormwind – Burzowiatry


Czekam na Wasze propozycje :).

środa, 2 marca 2016

Far Cry Primal PC – Unboxing!

Zgodnie z obietnicą: unboxing nowego FC. To mój pierwszy unboxing, więc proszę o wyrozumiałość.

Gotowi?


Gra jeszcze w pudełku:



I już poza nim:




Dziękuję za uwagę :).

Za wcześnie?

 Znacie już moje zdanie o starych grach wydanych w „wersji HD” . Ostatnio jednak naszła mnie inna myśl – a co z grami „early access”? Czy na...